...

wtorek, 7 czerwca 2016

Ciasto ze śliwkami cz.3



Bestia w ludzkiej skórze 



Obudził się w środku nocy. Panika, zły sen, wyrwany z koszmaru krzyk materializujący się w jego ustach, jako jękliwy charkot. Dłoń wystrzeliła przed siebie i uderzyła o ścianę z głuchym walnięciem, zdzierając skórę z knykci i paliczków. Czuł, że każdy jego mięsień jest spięty, naładowany adrenaliną, a on sam gotowy do ucieczki albo obrony. Ból krótkimi wrzaskami falował tysiącem igieł każąc mu biec, a jednocześnie przykuwając do ziemi. I ponownie wśród ciemności wydawało mu się, że słyszy syk węża, że zatapia się w nim karmazyn wielu par oczu. Martwi łapali go za nogi, ściągali z prowizorycznego legowiska, przeklinali, próbowali udusić, a hydra śmiała się, posykując i kąsając go po twarzy.

Morderca.

Rzeźnik.

Pięść HYDRY.

Bestia w ludzkim ciele.

Kat.

Noc była czernią i czerwienią bólu o ludzkich kształtach. Zimno. Otaczał go przeraźliwy chłód, a niewyobrażalny wręcz ból rozrywał mu klatkę piersiową.

Oprawca.

Potwór.

Sadysta.

Zabójca.

Zwyrodnialec.

Bucky?

Mężczyzna zerwał się do siadu rozglądając się naokoło. Spał w opuszczonym magazynie, według jego obliczeń gdzieś na granicy Rumunii i Bułgarii. Wydawało mu się, że usłyszał znajomy głos, ale to było tylko złudzenie. Nasłuchiwał jeszcze przez ponad kwadrans, zwalniając swój oddech, ciągle trzymając w dłoni nóż. Ostrze było czarne, żeby nikt nie zauważył w ciemności jego błysku. W końcu odetchnął cicho i przymknął oczy próbując złapać, choć odrobinę snu, żeby móc ruszyć w dalszą drogę.

Martwe dłonie zacisnęły się na jego szyi, dziesiątki głosów szeptało, wyło i płakało. Był to nieustający szum, który bezustannie towarzyszył Zimowemu Żołnierzowi. Jakaś kobieta rozdrapywała jego twarz, inna wydłubywała mu oczy, a mężczyzna, ledwo pełznąc po ziemi, zostawiając za sobą resztki jelit, starał się złamać mu nogę. Otaczały go ciemne ciała i każde z nich pragnęło go zabić.

Bucky!

Tuż obok zamigotało coś jasnego. Mężczyzna poderwał się celując w to coś ostrzem. Postać wydawała się emanować własnym światłem, nie zatrzymała się, nawet nie zwolniła. Zimowy Żołnierz przyjrzał mu się uważniej.
Był to chłopiec, miał na sobie białą koszulę, beżowe, zaprasowane na kant spodnie na szelkach. Na drobnych ramionach spoczywał przyduży piaskowy prochowiec, spod jego płacht wystawał nieumiejętnie zawiązany krawat w paskudnych kolorach.
Zimowy Żołnierz słyszał stukot jego skórzanych butów, uspokoił tętno i przygotował się do ataku.
 Gdy chłopiec podszedł bliżej wydał się mu starszy niż wskazywała jego postura. Blond włosy z idealnym przedziałkiem zaczesał na lewo, a gdy znalazł się tylko kilka metrów od Zimowego Żołnierza zatrzymał się. Zmierzył go spojrzeniem bystrych, niebieskich oczu i powiedział.

Wolałem cię w zwykłym mundurze, Buck.

Mężczyzna skrzywił się, nie rozumiejąc kompletnie ostatniego słowa. Spuścił głowę czując, jak ból próbuje rozerwać mu czaszkę. Tak jakby coś bardzo, ale to bardzo chciała z niej wyjść. Gdy spojrzał na chłopca z powrotem, już go tam nie było.

Nie wiedział czemu, ale zalała go fala przeraźliwego smutku, która nagle wyparła wszystko inne. Smutek - emocja. Program Zimowego Żołnierza zaczynał wariować.

Powinien znać tego chłopca. Czuł to, wiedział, był po prostu pewien. Jednak jego imię było zamazane, nie potrafił skojarzyć twarzy. Coś wewnątrz podpowiadało mu, że to trochę jak zapominanie swojej ulubionej piosenki. Nie możesz w to kompletnie uwierzyć. Przecież ciągle ją nuciłeś, w kółko i w kółko, co chwila wypowiadając pojedyncze słowa, a czasem cały tekst. To było tak proste. I te słowa i ta melodia, tak bardzo słodkie. Tylko, że nie potrafisz ich sobie przypomnieć. I starasz się po prostu żyć dalej. Pusty.

Nie jesteś pusty, Bucky.

Tym razem stał tuż obok. Zimowy Żołnierz nie wiedział, jak mógł dać się tak podejść. Już chciał się zamachnąć, rozbić malcowi głowę, ale chłopiec położył mu dłoń na metalowym ramieniu i uśmiechnął się smutno.

Powinienem cię obronić.

Stał kompletnie zszokowany, nie wiedząc, co się dzieje. Jego program nie zakładał takiej sytuacji, załączył tylko głośny alarm, ale nie podał żadnej instrukcji. Chłopiec, ledwo sięgając, złapał go za policzki patrząc w oczy.

Nazywasz się James Buchanan Barnes, a ja to Steve Rogers. Jesteś moim przyjacielem.

Błąd - Zimowy Żołnierz nie znał słowa przyjaciel. Nie potrafił go wpasować w kod, był zdezorientowany.

Chłopiec, który mówił o sobie, że jest Stevem Rogersem, puścił go i ruszył w kierunku regałów wypełniających magazyn. Zebrał z jednego z nich coś drobnego wzbijając przy tym tuman kurzu. Wrócił do niego otrzepując się z pyłu i okropnie kaszląc, a Zimowy Żołnierz słysząc ten dźwięk nie potrafi pozbyć się wrażenia, że słyszał to tysiąc razy. Ledwo też zostaje na miejscu, choć jego nogi rwą się do biegu. Do pomocy temu chłopcu. Współczucie.

W tym momencie program Zimowego Żołnierza po prostu się zawiesił.

Zostanę z tobą dobrze? Aż nie znajdziesz… Większego mnie.

Steve siadł przy ścianie, otulając się mocniej prochowcem, odkaszlnął kilka razy i poklepał miejsce obok siebie. 

Buck?

Ciepło w sercu. Serce? To Zimowy Żołnierz ma coś takiego? Kwestionowanie. Gdzieś w środku Pięści HYDRY obudziła się złość, że stoi, jak idiota, niczym jakaś kukła. Emocja. Wydawało mu się, że coś w jego głowie po prostu się odblokowało.

- Stevie? 

Chłopak uśmiechnął się do niego ciepło i wyjął z jego dłoni nóż odkładając go do pochwy.

Tak, to ja, Bucky. Zaraz spróbujemy przypomnieć sobie więcej, dobrze?

Włożył w palce Zimowego Żołnierza strzęp kartki i długopis.

***

Nazywam się James Buchanan Barnes.
Jestem Zimowym Żołnierzem.
Urodziłem się w 1917 roku. Chyba w marcu.
Nie pamiętam prawie niczego.
Steve...
On nazywał mnie Bucky.
Nie.
To ja siebie tak nazwałem.
Nie chciałem, żeby mówili na mnie Jimmy.

poniedziałek, 6 czerwca 2016

Ciasto ze śliwkami cz.2

Szkicownik


Było też jeszcze coś. Coś, o czym Steve nikomu nie powiedział. To nie tak, że nie ufał Samowi czy Nataszy. Wręcz przeciwnie, zawierzyłby obu swoje życie i wiedział, że na pewno by się na nich nie zawiódł. Oboje dowiedli tego pomagając mu w poszukiwaniach Bucky'ego. Jednak istniały takie rzeczy, które Steve wolał zostawić tylko dla siebie. Poniekąd po to, żeby sam je porządnie przemyśleć. Co prawda wraz z Peggy i Buckym stracił osoby, które zawsze kontrolowały jego zapędy do robienia szalonych rzeczy bez wcześniejszego ich zaplanowania, ale ta sytuacja była inna. Wiedział, że jeśli coś zawali, to może nie być drugiej szansy. A tu chodziło o Bucky'ego. Musiał dać z siebie wszystko.

Zacisnął dłoń na skrawku kartki.

Po upadku z helicaliera Rogers trafił do szpitala i przeleżał tam ponad dwa tygodnie. Nawet serum nie mogło przyspieszyć zrastania się kości, choć gdyby nie ono Steve dawno byłby trupem. Może nawet spróbowałby się stamtąd wyślizgnąć, ale był bardzo dobrze pilnowany przez Sama i Romanoff, którzy chyba domyślali się, co chciał zrobić. Oczywiście nie mógł po prostu ruszyć w poszukiwaniu swojego przyjaciela, ale nie potrafił też znieść bezsensownego leżenia w szpitalnym łóżku. Po prostu czuł się kompletnie bezsilny, a nienawidził tego uczucia. Uspokoiła go dopiero obietnica od Nataszy, że uruchomi swoje kontakty i załatwi mu dokumenty. Pomogło, choć tylko częściowo.

Gdy w końcu go wypuścili prawie wybiegł ze szpitala chcąc jak najszybciej znaleźć się w domu. Po przekroczeniu progu od razu skierował się do sypialni, żeby rozpakować torbę z rzeczami, które miał w szpitalu, ale już w progu zesztywniał nie mogąc się ruszyć. Jego ciało przygotowało się do obrony, krew przyspieszyła, czuł jak tętni w żyłach.

Ona tam była.

Leżała spokojnie na łóżku czekając, aż ktoś jej dotknie. Instynkt Steve'a szalał, alarmując go o czyjejś obecności, ale Rogers był pewny, że zarówno drzwi, jak i okna były zamknięte przez cały jego pobyt w szpitalu. Szybko przebiegł się po mieszkaniu, szukał jakiegokolwiek śladu wtargnięcia tu siłą. Nie znalazł nic, ale ktoś tu był. To było pewne.

Wrócił do sypialni i uniósł tarczę. Pogładził powierzchnię, była przyjemnie chłodna, ale gdy Steve przyłożył do niej dłoń poczuł bijące ze środka ciepło. Czuł ogromną ulgę, że jej nie utracił. Tarcza była jego odwieczną towarzyszką, to ona chroniła go i jego bliskich i to ona przeleżała z nim te dziesiątki lat pod lodem. Odłożył ją delikatnie na ziemię, opierając przy tym o nogę łóżka.

I wtedy to zobaczył.

Szkicownik leżał na posłaniu, jeszcze przed chwilą przykryty tarczą, czekając, aż go podniesie. Steve czuł, że drżą mu dłonie; nie potrafił się pozbyć uczucia déjà vu. Zupełnie tak, jakby to się już zdarzyło. I to nie pierwszy raz.

Bo przecież nie był.

Złapał szkicownik, odwrócił i otworzył go na ostatniej stronie. Nie musiał kartkować, po prostu wiedział czego szukał oraz gdzie może to znaleźć. To było tylko kilka, bardzo niestarannie naskrobanych linijek, jakby ten, kto trzymał ołówek bardzo się spieszył. Odcyfrowanie bazgrołów każdemu zajęłoby długie godziny, ale nie Steve'owi. On wszędzie poznałby akurat to pismo, tak podobne do bazgrania, jak kura pazurem. Przejechał palcem po literach, lekko je przy tym rozcierając, w końcu korzystał z miękkich ołówków, jednak słowa pozostały dla niego zrozumiałe. I podniosły jego kącik w górę.

Przestań zostawiać wszędzie swoje rzeczy, Deklu. Nie wiem czy zauważyłeś, ale jesteś już 
dorosłym facetem do cholery.

Dlatego też Steve nie potrafił uwierzyć, że Buck wciąż był pod kontrolą HYDRY. Po prostu nie. Nie gdy po raz setny czytał te dwa nagryzmolone zdania.

niedziela, 5 czerwca 2016

Ciasto ze śliwkami cz.1

Prolog

 


Romanoff weszła bezszelestnie do pokoju. Panował w nim przyjemny półmrok, jedyne źródło światła stanowiła mała lampka stojąca na stole oraz matryca laptopa. Stąpała cicho, jej stopy zapadały się w miękkim dywanie, jeszcze bardziej tłumiąc kroki. Zmierzała w kierunku wysokiego mężczyzny, który siedział przed sprzętem, podpierając głowę na lewej dłoni. Romanoff przystanęła tuż za nim i położyła mu dłoń na ramieniu:

- Rogers? Musisz odpocząć, wiesz? - Natasza mówiła cicho, ale ton jej głosu należał do tych stanowczych.

Steve spojrzał na nią znad tony papierów, laptopa, mapy i kilkunastu pustych, piankowych kubków po kawie. Miał ogromne wory pod oczami; ostatnio notorycznie zarywał noce. Romanoff pochyliła się nad stołem, wysunęła spod notesu akta, które otrzymał od niej kilka miesięcy temu. Bystre zielone oczy Jamesa Buchanana Barnesa spojrzały na nią ze zdjęć.

Tysiące informacji, setki godzin, dziesiątki miejsc.

I wciąż nic.

Doskonale wyczuwała narastającą frustracje Steve'a, ale nie potrafiła jej zapobiec.

Uniosła głowę wpatrując się w Sama, który usnął w fotelu, jego ręce wciąż zaciskały się na pliku dokumentów. Kapitan podążył za jej spojrzeniem, po czym wstał, wyjął kartki z dłoni Falcona i odłożył je delikatnie na stół. Następnie schylił się pod mebel i wyciągnął spod niego koc, przykrywając Sama. Wrócił do stołu od razu wracając do czytania dokumentów. Natasza miała ochotę na niego nakrzyczeć, ale wiedziała, że nie przyniesie to skutku.

No bo gdyby miała poszukiwać Clinta albo Fury'ego, to czy nie zachowałaby się dokładnie tak samo?
Przysunęła sobie krzesło i usiadła obok niego. Wiedziała, które pliki nie były jeszcze przejrzane, Steve miał zwyczaj wkładania wszystkiego, do bardzo dokładnie opisanych teczek i koszulek. Zaczęła je przekładać, z jednej z nich wypadła mała kartka. Od razu poznała ręczne pismo Rogersa.

„I'm with you till' the end of the line."

Pozwoliła sobie na lekki uśmiech.

- Ta kwestia przeszła do historii, prawda?

Steve spojrzał na nią rozkojarzony, szybko czytając kartkę, którą podsunęła mu pod nos. Rzeczywiście te słowa pojawiały się zarówno w muzeum Kapitana Ameryki, jak i w komiksach o nim. Steve odłożył na chwilę długopis, odchylił się na krześle spoglądając w sufit.

- Jest dla mnie ważna – mruknął w końcu.

- Domyślam się – odpowiedziała podpierając podbródek na dłoni. Steve zaczynał ją irytować, ale miała nadzieję, że uda się jej go podejść i zmusić choć do odrobiny snu. Rogers wyglądał tak okropnie, że było każdemu byłoby go szkoda. Nawet Nataszy.

- Jest jeszcze inna, chyba w ogóle nie wspomniana. I to ta jest dla mnie najważniejsza – widząc pytające spojrzenie Romanoff kontynuował – Po tym jak odbiłem Bucky'ego, jak nie zdołałem dorwać Red Skulla i Zoli, budynek zaczął się walić. Płomień pożerał kolejne fragmenty gmachu, co chwila coś się zawalało, wybuchało, upadały całe ściany. Musieliśmy przejść na druga stronę pomieszczenia, po takim stalowym rusztowaniu. Kazałem Bucky'emu iść przodem, a konstrukcja zawaliła się chwilę po tym, jak znalazł się po drugiej stronie.

- A ty przeskoczyłeś?

Steve posłał jej zmęczony uśmiech.

- W tym jest rzecz. On nie wiedział, jak działa serum. Nie miał pojęcia, że jestem teraz szybszy, silniejszy, że stałem się nadczłowiekiem. Myślał, że jestem tamtym chorowitym Stevem, tylko trochę wyrośniętym. Gdy Buck zrozumiał, że nie mam jak przejść zaczął trochę panikować, krzyknął, że tu gdzieś musi być jakaś lina albo coś w tym stylu. A ja na to, żeby po prostu biegł, żeby się stamtąd wydostał. Ja sam nie byłem pewny czy to przeskoczę.

- A Bucky?

- „Nie, nie idę bez ciebie!" – powiedział. Dopiero po chwili zauważył, że naśladował głos swojego przyjaciela. Zrobił to nieumyślnie, ale wspomnienie tego krzyku obudziło w nim chęć ponownego zakopania się w papierach w poszukiwaniu informacji. Jednak widząc spojrzenie Romanoff dokończył – Był gotowy tam ze mną umrzeć, wiesz? Mógł uciec, ale tego nie zrobił. Nie mogę go teraz zostawić Natasza. Po prostu nie mogę.

Rosjanka nie odpowiedziała, wstała od stołu i zniknęła w drzwiach. Kiedy Steve'owi już się wydawało, że poszła spać, Romanoff wróciła z dwoma kubkami kawy.

- Dawaj ten komputer.

Minęło jeszcze kilka tygodni nim natrafili na ślad.

Ale w końcu natrafili.

I od razu ruszyli po Bucky'ego.
***

Kiedy Sam natrafił na ślad Zimowego Żołnierza dochodziła czwarta w nocy.

Steve spał z głową opartą na stercie papierów, Natasza drzemała w fotelu owinięta kocem i oświetlona trupim światłem wydobywającym się z matrycy laptopa, który spoczywał na jej kolanach. Falcon, po raz nie wiadomo który, przeglądał najnowsze wiadomości z całego świata. Szukał informacji o niewyjaśnionych morderstwach, doniesień o człowieku z metalowym ramieniem. Nie mieli pojęcia czy Bucky wciąż był na usługach HYDRY. Steve uparcie powtarzał, że Bucky musiał się ocknąć, bo postanowił go uratować. Natasza była dość sceptyczna, a Sam w to po prostu nie uwierzył. Mimo to zarywał kolejną noc z rzędu, żeby uchwycić chociaż strzępek informacji. Robił to dla Steve'a, bo rozumiał czym jest przyjaźń i wiedział kim jest przyjaciel, z którym przeszło się przez piekło wojny. Gdyby był na miejscu Steve'a, a Bucky byłby Rileyem, nie spocząłby dopóki ten nie byłby bezpieczny. Riley był mu najbliższy, nawet bardziej niż jego rodzina, rozumiał go bez słów i ufał bezgranicznie.

I nie mógł kompletnie nic zrobić, gdy RPG rozerwało go na kawałki.

Falcon westchnął rozmasowując skronie. Potrzebował snu, ale bał się koszmarów. Bał się czyhającego na niego widma wojny, z którym stawał do walki każdej nocy. Gdyby przejrzeć książki w jego domu, prawie każda dotyczyła zespołu stresu pourazowego. Przez półki ciągnęły się różnokolorowe grzbiety z tytułami nawiązującymi do nerwicy okopowej, „ soldier's heart", zespołu stresu bojowego i shell shocku. Pomagał ludziom z PTSD, ale gdzieś w środku miał tą świadomość, że sam się nigdy własnej traumy nie pozbył.

Pewnego rodzaju lekarstwem stał się dla niego Steve. Cap nie tylko zmotywował go do życia, ale i dał zajęcie, cel. Sprawił, że Sam czuł się komuś potrzebny. Dlatego nie zamierzał odpuścić, wiedząc, że nie robi tego tylko dla Steve'a, ale i dla siebie. I dla Rileya, bo był pewny, że jego przyjaciel rzuciłby się im do pomocy.

Przejrzał po raz tysięczny stronę z najnowszymi wiadomościami. Prawie ominął mały kwadracik, czekający na niego gdzieś w lewym dolnym rogu ekranu.

Zerwał się z krzesła i potrząsnął Rogersem.

- Steve wstawaj! Mam go. Słyszysz? Znalazłem!

Kapitan zerwał się na równe nogi, od razu ustawiając się w pozycji gotowej do obrony. Spojrzał na niego ze zdziwieniem i wtedy doszło do niego co tak właściwie usłyszał. Chwycił za tarczę, która czekała na niego oparta o nogę stołu.

- Wstawaj Natasza. Jedziemy po niego.

poniedziałek, 30 maja 2016

10 słów.

Winter Soldier też może być wolny.


        Był taki czas, że Bucky znał tylko dziesięć zimniejszych od lodu słów. Wyryły się w jego osobowości i to tak mocno, iż nigdy nie zapomni ani ich, ani kolejności, w której je wymawiano. Były jego koszmarem, prześladowały go na każdym kroku. 

Желание - życzenie
Ржавый - zardzewiały
Семнадцать - siedemnaście
Рассвет - jutrzenka
Печь - piec
Девять - dziewięć
Добросердечный - dobroczynny
Возвращение на родину - powrót do domu
Один - jeden
Грузовой вагон - wagon ciężarowy

Gdy Steve go odnalazł, Bucky był kompletnie zagubiony. TE słowa go definiowały. Pusty, słaby i winny. Nie poznawał swojego odbicia w lustrze, co noc budził się z przeraźliwym krzykiem. Szybko trafił pod opiekę lekarzy, ale nie wpływało to na jego koszmary i ciągłe, nieustające poczucie strachu oraz winy. Pomogła mu dopiero obecność Steve'a, bo jego osoba działała na Bucky'ego lepiej niż jakiekolwiek z wymyślnych lekarstw. Rogers przypominał mu kim byli, opowiadał mu jak bardzo zmienił się świat, a przynajmniej o tym, o czym sam zdążył się dowiedzieć. Gdy spędzali razem czas, Buck odnajdywał siebie na nowo, bo wiedział, że nie jest już ani Jamesem Barnesem, ani Winter Soldierem. Tylko kimś zupełnie nowym. Swego rodzaju wypadkową tych dwóch osobowości, którą codziennie tworzył. Wiedział, że jest to jego zadanie, ale zawsze było mu łatwiej, gdy miał przy sobie Steve'a gotowego przybiec z pomocą o każdej porze dnia i nocy. Dlatego też Rogers starał się poświęcać mu jak najwięcej czasu, jednak nie mógł całkowicie porzucić swoich obowiązków. Musiał wyruszać na misje, był zobowiązany pomagać ludziom, choć od kiedy do jego zadań doszła opieka nad Barnesem, starał się opuszczać Avengers Tower jak najrzadziej. Gdy zostawiał Bucky'ego zawsze ogarniał go paniczny lęk, że TE dziesięć słów znów przejmie kontrolę nad jego przyjacielem. Strach ten towarzyszył mu podczas każdej misji i Steve za wszelką cenę starał się wymyślić jakieś rozwiązanie. I któregoś razu, przypominając sobie metodę swojej mamy, wpadł na pewien pomysł. Zaczął zostawiać na metalowej ręce Barnesa małe, samoprzylepne karteczki. W ten sposób w głowę Bucky'ego zaczęły przejmować nowe słowa.

Jesteś tutaj bezpieczny.
Masz na imię Bucky.
Pamiętaj, żeby coś zjeść.
Mamy grudzień, 2015 rok.
I wyśpij się w końcu, masz okropne wory pod oczami!
Zostawiłem Ci obiad w lodówce, zjedz.
Zadzwonię wieczorem.
Jest zimno, ubierz się ciepło.
Pamiętaj, to nie Twoja wina.
Wrócę za kilka dni.

Zostawiał mu też małe rysuneczki, na którym zwykle widniały małe wersje ich samych.

Steve nie mógł zliczyć ile takich karteczek przylepił już do ramienia Bucka. Dokładna liczba musiała dawno przekroczyć setkę, a może dobijała do dwustu. Wydawało mu się, że jego przyjaciel jest spokojniejszy od kiedy zaczął znajdywać na swoim ramieniu kolorowe kartoniki zapisane przez Steve'a. Minęło trochę czasu, gdy Rogers zaczął znajdować podobne karteczki na swojej tarczy. Czytał je z rozczuleniem, często zaśmiewając się do łez. Zarówno tych radości, jak i wzruszenia. Każdy z tych małych, kolorowych i lepkich kartoników oznaczał, że Buck nie tylko pokonał TAMTE dziesięć słów, ale również mógł zacząć tworzyć własne. Oznaczało to, że nareszcie był wolny.

Dzięki za informacje, Ty masz na imię Steve.
Nie mogłem spać, więc zacząłem to przyklejać.
Wiesz, jeszcze pamiętam, że zimą jest zimno.
Jakby nie patrzeć, to byłem Zimowym Żołnierzem.
Stevie? Spójrz na rozmiar tego swojego cholernego frisbee.
Dlaczego ludzie nie strzelają Ci w nogi kiedy się za nim chowasz?
Dlaczego ja nie strzelałem Ci w nogi?
Żartowałem.
Wyglądasz jak cholerny żółw.
W sumie żółwie są długowieczne, nie? Panie 96-latku?
Kup mi więcej śliwek. (proszę?)

Następnym razem Bucky znalazł na swojej ręce mały rysuneczek z nimi, jako żółwikami, wcinającymi śliwki.