...

piątek, 20 maja 2016

Chłód.

Bo można było uniknąć Civil War.



Tony Stark siedział właśnie w swojej pracowni, harując nad kolejnym projektem, kiedy otrzymał najdziwniejszego smsa w swoim życiu. Co prawda nie zdumiała go treść, bo Stark dostawał wiadomości typu „Spotkajmy się tu, o tej godzinie" kilka razy dziennie i większość z nich najzwyczajniej w świecie ignorował. Nie, zaskoczeniem nie był sms, a jego nadawca. Tony odwołał wszystkie swoje spotkania i przebrał się w dość nieformalny strój, oczywiście, jak na swoje standardy. Poszukał też jakichś plastrów, żeby móc owinąć swoje dłonie. Od ataku Ultrona, regularnie ćwiczył na worku treningowym, często rozwalając sobie kostki do krwi. I choć często przeklinał się za to w myślach, codzienne ćwiczenia uspokajały go, pomagając się skupić nad projektami. Gdy skrył swoje ręce pod opatrunkiem i rękawami marynarki, ruszył w kierunku Brooklynu, zostawiając Avengers Tower całkowicie puste; wszyscy domownicy wybyli na misje. No, może poza nadawcą wiadomości. Z tego co się orientował, to najwcześniej miał wrócić Clint z Nataszą, a i tak najwcześniej pojutrze.

Miejscem spotkania była mała, całkiem przytulna knajpka z tajskim jedzeniem. Gdy Stark przekroczył próg, od razu zauważył nadawcę smsa, siedzącego przy stoliku, obracając w chudych palcach puszkę z jakimś napojem. Ubrany był w ciemnozieloną kurtkę o lekko wojskowym kroju, a jego niebieska bejsbolówka była naciągnięta prawie na sam nos. Stark, wciąż nie do końca wiedząc co powinien myśleć względem tego spotkania, podszedł do niego w ten swój markowy, nonszalancki sposób siadając przed nim z typowym, Starkowym uśmiechem.

- Zamawiałeś już coś? – zapytał, a ich spojrzenia skrzyżowały się.

- Nie, czekałem na ciebie – wzruszył ramionami - Choć tak szczerze, to nie mam zielonego pojęcia co mogą tu podawać – Bucky Barnes zdjął czapkę, odkładając na blat stołu. Włosy miał spięte z tyłu, kilka kosmyków wyślizgnęło się, spadając na jego zmęczoną twarz, która miała trupio blady odcień, oczy były lekko zapadnięte, pod nimi ciemnofioletowe sińce, policzki pokrywał kilkudniowy zarost. W dłoniach poznaczonych licznymi bliznami trzymał puszkę z napojem kokosowym, nieustannie obracając ją w rękach.

- Nie napijesz się? – zapytał Stark, bo nawet nie wiedział, jak zagaić tę rozmowę.

Steve odnalazł Bucky'ego ponad pół roku temu, od tego czasu Zimowy Żołnierz został poddany leczeniu, specjaliści szczególnie skupili się na jego stanie psychicznym. Aktualnie był pod stałą kontrolą lekarzy i od paru miesięcy mieszkał w Avengers Tower. Kilka tygodni temu uznano nawet, iż jego stan jest na tyle stabilny, że Barnes zaczął opuszczać ich bazę. Wpierw Tony monitorował każde z jego wyjść, choć zawsze był z nim Steve, a często też Sam czy Natasza i Clint. Bucky opuszczał Avengers Tower samotnie tylko po to, żeby od czasu do czasu zrobić małe zakupy (Stark zauważył, że Zimowy Żołnierz uwielbia śliwki), ale nie dalej niż dwie przecznice od bazy. Tak jakby sam sobie nie ufał. Dlatego też tak bardzo zdziwił go widok mężczyzny na Brooklynie.

Bucky ponownie obrócił puszkę i podsunął ją Starkowi pod nos.

- Siedemdziesiąt lat temu walczyliśmy z Niemcami, Włochami, Japończykami, nie potrafiliśmy się porządnie dogadać z ZSRR, a teraz mogę przeczytać opis w ich języku na każdym produkcie. Mimo wszystko czas leczy rany.

- Ja bym powiedział, że to prosty przykład konsumpcjonizmu i kapitalizacji – odparł Stark, oddając mu puszkę. Bucky wpatrywał się w nią z nieodgadnionym dla Tony'ego wyrazem twarzy. Stark ponownie stwierdził, że nie potrafi czytać z mimiki Zimowego Żołnierza. Zwykle jego twarz była zastygłą maską, bez cienia wyrazu, a wszelkie ruchy ust, brwi, powiek wyglądały na nieskoordynowane i niezupełnie kontrolowane przez samego Barnesa.

- Muszę z tobą porozmawiać Stark.

- Myślę, że nie ciągnąłbyś mnie tu, gdybyś chciał mówić tylko o starych czasach.

- W sumie to właśnie o nie chodzi – Buck podparł podbródek na metalowej ręce, a drugą przeczesał włosy – Od razu zaznaczę, że po tym co powiem, masz pełne prawo, żeby mnie zabić. Nie obiecuję, że nie będę się bronił, wybacz, tak mnie zaprogramowali, ale postaram się nie zrobić ci krzywdy – powiedział na jednym tchu.

Stark spiął się, jego spojrzenie skrzyżowało się z tym należącym do Zimowego Żołnierza.

- Potrafisz zainteresować słuchacza.

Barnes wykrzywił usta w lekkim grymasie.

- Powoli przypominają mi się fragmenty z bycia Zimowym Żołnierzem. Pamiętam tylko twarze, zero nazwisk, dat, akt, niczego. Same twarze – urwał zastanawiając się co powiedzieć dalej – Ostatnio, gdy oglądałem z Samem jakiś program o zamachu na Kennedy'ego. Pamiętam tą twarz Stark – ponowna pauza, tym razem na otworzenie puszki. Tony nie zamierzał go ponaglać, ale czuł gorąco uderzające do jego twarzy – Przypomniałem też sobie coś o wiele gorszego. Pamiętam twarze Twoich rodziców.

Tony czuł, że wszystko w nim zaczyna wrzeć, obraz Barnesa zatarł się, przykryty tonami złości i nienawiści. Choć głównie furii. Stark chciał już zakładać zbroje, już miał palec na przycisku, ale coś mu nie gra. Coś wyszło poza jego Starkowy schemat, coś co spowodowało lekkie spięcie w jego głowie.

- Dlaczego mi to mówisz? – wycharczał. Bucky, który chwilę wcześniej wbił wzrok we własne dłonie, patrzył teraz na niego z kamienną twarzą.

- Bo cokolwiek nie powiem, nic nie zmieni faktu, że jestem wielokrotnym mordercą Stark. Nienawidzę siebie i tego, że to ja żyję, a wielu innych ludzi nie.

Error 404. Teraz Tony już kompletnie nic nie rozumiał. Nie potrafił znaleźć racjonalnej odpowiedzi, dlaczego Barnes się nie broni.

- I słusznie – powiedział wypranym z emocji głosem. Bucky wciąż dzielnie patrzy mu prosto w oczy. I nie jest to bynajmniej buta, a prawdziwa, nieściemniona skrucha. Mózg Tony'ego przeżywał poważne zwarcie.

Dlaczego Barnes nie zasłania się tym, że nie był sobą? Że był pod stałą kontrolą? Dlaczego nie mówi, że jest tylko ofiarą HYDRY?

Gdy Tony uświadomił sobie, że sam w swojej głowie zaczął usprawiedliwiać Bucky'ego, rzucił mu się do gardła. W kilka chwil pokonał długość stołu i złapał Zimowego Żołnierza za kołnierz kurtki ciągnąc go ku sobie, a Bucky Buhanan Barnes nawet nie próbował się bronić.

- Jeśli chcesz mnie zabić, to najlepiej na zewnątrz, nie chcę mieć więcej ludzi na sumieniu – mówił ciszej i trochę niewyraźnie, w końcu Stark go dusił. Mimo tego każde słowo dotarło do uszu Tony'ego podwyższając mu tylko ciśnienie. Udając, że nie słyszy zaczął wyładowywać całą swoją furię na twarzy Zimowego Żołnierza. Nie przebierał w środkach, był to zwykły prawy sierpowy. A potem następny. I kolejny. Stark czuł, że do oczu napływały mu łzy, ale postanowił to zignorować. Wciąż trzymał Barnesa za kurtkę, coś w niej strzeliło podczas tej szarpaniny, wpatrywał się w jego puchnącą twarz, nos Bucky'ego był lekko przekrzywiony, po drugim strzale zaczęła lecieć z niego krew.

- Stark. Za nami są drzwi.

I rzeczywiście były. Tony bez problemu pociągnął za sobą Barnesa w wskazanym kierunku. Za drzwiami znajdował się wąski zaułek z ceglastymi łatami na ścianach. Rzucił na Zimowego Żolnierza na jedną z nich, nie czując już żadnej potrzeby, żeby się hamować.

- Pamiętasz ich chociaż? – nawet dla siebie zabrzmiał, jak rozwścieczone zwierzę.

- Pamiętam ich wszystkich – powiedział Bucky. Jego twarz zaczęła tracić naturalny kształt, była opuchnięta i sina. Mimo to patrzył na niego tym spojrzeniem, które sprawiło, że Stark poczuł się winny, ale i coraz mocniej wkurwiony – Nie zakładaj zbroi Stark, chyba nie potrzebujesz jej, żeby mnie wykończyć, co?

Chyba chciał coś jeszcze powiedzieć, ale przerwał mu Starkowy szał. Na Barnesa spadł grad ciosów. Dla Tony'ego trwało to całą wieczność. Tłukł mężczyznę, mocno, zapamiętale, a gdzieś z tyłu głowy pojawiła się myśl, że to Bucky pokazał mu większość tych ciosów, gdy odkrył, że Stark ćwiczy na worku.

W końcu opadł z sił i oparł się o ścianę tuż obok Zimowego Żołnierza. Patrzył na niego, na jego opuchniętą twarz i czuł się pusty. Po chwili przerzucił wzrok na swoje dłonie; bandaż zrobił się czerwony. Spróbował wytrzeć ręce o spodnie, zostawiając na nich rdzawe ślady krwi. Czuł się wycieńczony, więc zjechał po ścianie i usiadł na ziemi, dotykając kolanem Barnesa. Zimowy Żołnierz nie oddychał, a Stark jeszcze nie potrafił stwierdzić, czy to źle.

Był po prostu pusty i nieznajomy dla samego siebie.

- Barnes?

Odpowiedziała mu cisza, ale mówił dalej.

– Ej. Bucky.

W jego oczach Barnes zaczyna kaszleć. Trwa to chwilę, całkiem długą, ale w końcu podnosi się do siadu i pyta:

- Tak?

- Jak to jest? – pyta, choć nie oczekuje, że Bucky załapie, o co mu chodzi. Mimo to Zimowy Żołnierz znowu go zaskakuje i odpowiada:

- Jest taka rzecz, o której się nie wspomina mówiąc o kontroli umysłu – Barnes spluwa krwią, Tony'emu wydaje się, że słyszy toczący się po ziemi ząb – Kiedy ktoś cię przejmie, to ty wciąż tam jesteś. Małe fragmenty ciebie. Strzępy, których nie potrafisz do siebie dopasować. To jak bycie pasażerem w własnym umyśle. Kiedy chcesz się wyrwać, ale przegrywasz. Ciągle, ponownie i jeszcze raz. I to sprawia, że to, do czego cię zmuszają, jest jeszcze gorsze – jego słowa są okropnie zniekształcone, ale Tony niezbyt się tym przejmuje, póki rozumie sens wypowiedzi.

Stark milczy i próbuje zrozumieć algorytm własnych emocji, bo nagle robi mu się cholernie żal Bucky'iego. Na szczęście uczucie wyparowuje tak szybko, jak się pojawiło.

- Steve wie?

Zimowy Żołnierz porusza się niespokojnie.

- Oczywiście, że nie – urywa na chwilę – Choć możliwe, że się domyśla.

- Możliwe?

- Mam koszmary. Czasem wtedy krzyczę, a Steve mnie uspokaja.

Stark wyłapuje nutę zażenowania w głosie Bucky'ego, co wydaje mu się w jakiś sposób komiczne. Słyszy ciężki oddech Barnesa, nagle uświadamia sobie, że rozmawia z mordercą własnych rodziców. Tylko że Stark nie ma już siły, żeby chociażby unieść dłoń. I tak naprawdę nie czuje już złości, wyłącznie zimną pustkę.

- Tak naprawdę, to nigdy nie musiałem mu mówić, on zawsze wiedział. Trochę mnie to przeraża, ale i uspokaja – kolejna przerwa. - Steve jest po prostu dobrym człowiekiem. Zawsze był.

- Brzmi, jakbyś się zakochał – parska Stark. Bucky wydaje z siebie dźwięk, który najprawdopodobniej miał być śmiechem, ale niezbyt mu wyszło.

- Steve zawsze będzie mnie traktował jak przyjaciela.

Tym razem ton, z jakim Barnes wypowiada te słowa, jest tak jasny i zrozumiały, że kompletnie zbija Tony'ego z tropu.

- Czekaj. Czy ty mi właśnie starasz się powiedzieć, że Steve Rogers wsadził cię do friendzone'u?

Bucky milczy, przypuszczalnie starając się rozszyfrować termin, którym rzucił Stark.

- Za moich czasów mówiło się dostać kosza, ale twoje określenie też jest trafne – zażenowanie nie jest już nutą, cała wypowiedź Zimowego Żołnierza nim przesiąkła, sprawiając, że aż musi rozmasować nasadę nosa, bo nie może uwierzyć w to, co właśnie usłyszał.

- Czyli powiedziałeś mu, że... No wiesz?

Wydaje mu się, że słyszy, jak Bucky opiera czoło na swojej mechanicznej ręce, a chwilę później wypuszcza powietrze przez zaciśnięte zęby.

- Nie jestem idiotą. Jeśli ktoś cały czas ci powtarza, że jesteś dla niego najważniejszy, ale po chwili dorzuca tam terminy w stylu „rodzina", „brat", „najlepszy przyjaciel", to wiesz, że nie masz szans, co nie? Parafrazując twoje określenie, to ja trafiłem do familyzone, Stark.

Tony patrzył w ciemne niebo i śmiał się cicho. Szukał gwiazd, ale nie mógł ich zobaczyć, kiedy był w Nowym Yorku.

Tak to powinno wyglądać. Tak powinien był zrobić. Tak to powinno się skończyć. Powinien siedzieć teraz z Bucky'm w tym pieprzonym tajskim barze i pokazać mu jak się używa pałeczek, żeby mógł zjeść te piekielnie ostre makarony.


Stark parsknął śmiechem i nagle zamarł. W końcu zmusił się do spojrzenia na Bucky'ego. Zimowy Żołnierz leżał na ziemi, w tej samej pozycji, w której został po ostatnim ciosie Starka. Nie ruszał się i definitywnie nie oddychał. Tony schował twarz w dłoniach.

Nie mógł w to uwierzyć. Nie chciał nawet do siebie dopuścić, że właśnie stał się taki, jak on. I nie, nie chodziło mu o Bucky'ego. Był jak Zimowy Żołnierz, bo teraz również miał krew na rękach. Uniósł głowę znad dłoni i patrzył na zakrwawione ciało Barnesa, jedna powieka nie opadła, dostrzegał spod niej zamgloną zieloną tęczówkę. Dotknął jego twarzy, zamykając mu oczy.

- Jesteś zimny Barnes. Jak prawdziwy Zimowy Żołnierz – Stark zachichotał, choć jednocześnie miał ochotę wyć. Skończyło się tylko na płaczu.

Bucky nie kłamał, nie bronił się.

Dlaczego do jasnej cholery się nie bronił?

Stark nie potrafi zrozumieć, brakuje mu jakiegoś elementu, żeby ułożyć ciąg przyczynowo skutkowy, żeby stworzyć sensowny algorytm, żeby w końcu pojąć, co się właśnie stało.

I nagle Tony zrozumiał, że Bucky, to wszystko zaplanował. Że specjalnie wybrał ten dzień, kiedy wszyscy Avengersi byli na misjach, specjalnie wybrał to miejsce, zupełnie nieuczęszczany pub i jeszcze zaułek, który pewnie od dawna nie widział żywej duszy, specjalnie nie pozwolił mu założyć zbroi.

Zrobił to wszystko, żeby nikt nie pomyślał, że to Tony go zabił. I pozwolił mu się zemścić, na mordercy swoich rodziców.

Tony czując się, jak ostatni skurwiel i hipokryta tulił do siebie jego ciało. Zimne, tak cholernie zimne.


sobota, 14 maja 2016

Przy­jaźń - osłaniać innych na­wet kosztem siebie.


Gdy Steve nie był jeszcze Kapitanem Ameryką, tylko małym, chuderlawym dzieciakiem z Brooklynu, rozumiał Bucky'ego bez słów i nie musiał go nigdy o nic pytać. Wystarczyło, żeby spojrzał i już wiedział, jak jego przyjaciel się czuje; gdy zajrzał mu w oczy, czytał z nich jak z otwartej księgi, odgadując o czym Bucky myśli. Czasem wydawało mu się, że rozmawiają ze sobą, bo lubią się poprzekomarzać, przezywać  nawzajem, wytknąć sobie głupotę, no i po prostu usłyszeć swój głos.

Gdy udało mu się odbić Bucky'ego zza frontu, chciał zadać z dziesiątki pytań. A wszystkie wyparowały, gdy jego przyjaciel spojrzał na niego tymi zielonymi oczami, które idealnie odbijały jego myśli. Kilka sekund i Steve już wszystko wiedział.

Gdy Steve po raz pierwszy ujrzał Bucky'ego, jako Zimowego Żołnierza, chciał zapytać go o setki rzeczy, ale nie mógł, sytuacja na to nie pozwoliła. I mimo, że w jego głowie kłębiło się od pytań „jak?", „dlaczego?", „kto?", to mógł tylko blokować ataki, próbując wyczytać odpowiedzi z zupełnie pustych, zimnych oczu. Bez skutku. Choć nie zdał sobie z tego od razu sprawy, zbiło go to z tropu, kompletnie zacierając zdrowy osąd i trzeźwe myślenie. Skupił się na chaotycznej próbie znalezienia jakiegokolwiek strzępu nici porozumienia, która zawsze ich łączyła. Bez skutku.

Gdy Bucky wrócił do poczytalności, Steve chciał go zapytać o tysiąc rzeczy, ale panicznie bał się odpowiedzi. Szykował się do tego, wiele razy próbując zacząć temat, na końcu zawsze tchórząc. Nie umiał się zdecydować czy bardziej przeraża go to co usłyszy, czy to, jak zareaguje Bucky. Chciał zadąć serię pytań i gdy układał w głowie listę, każde wydawało mu się bardzo bolesne dla jego przyjaciela, starał się więc wymyślić coś lżejszego. Nie banalnego, nie mógł go przecież zapytać o żadną z przyziemnych rzeczy, bo jaką z takowych mógłby się zajmować Winter Soldier? Tylko Steve dostał tę cudowną możliwość, żeby po przebudzeniu się, zacząć nadrabiać wszystko co zostało stworzone na świecie przez te siedemdziesiąt lat. To on mógł zrobić sobie listę z rzeczami, które chciał odwiedzić, obejrzeć, spróbować. Bucky mógł co najwyżej zapisywać kolejne osoby, które poniosły śmierć z jego ręki. Steve chciał zapytać o Hydrę, o szkolenie, o to czy pamiętał cokolwiek zarówno sprzed, jak i z samego bycia Winter Soldierem. Potrzebował też wiedzieć co mu się śni po nocach, kiedy to zrywał się z wrzaskiem, szukając po omacku broni, a potem kuląc się na łóżku, powolnymi ruchami drapiąc czerwoną gwiazdę na jego ramieniu, rozcinając sobie przy tym palce. Steve chciał wiedzieć, bo miał lichą nadzieję, że może wtedy jakoś mu pomoże. Jednak żadne z powyższych pytań nie przechodziło mu przez gardło i dlatego też zaczął od czegoś, co było jego własną traumą.

Gdy nadarzyła się okazja, Steve zapytał go czy pamiętał swój upadek. Bucky zmarszczył czoło, próbując odkopać wspomnienie spod setek elektrowstrząsów, które porozrzucały migawki pozostałości jego dawnego życia w każdy zakamarek jego umysłu, przysypując gruzem zapomnienia. Trwało to o wiele krócej niż Steve się spodziewał, a sam Bucky odpowiedział całkiem spokojnie, patrząc mu w oczy, w których powoli pojawiała się iskierka życia.

Gdy Bucky dał mu odpowiedź na jego pierwsze pytanie, Steve obiecał sobie, że już nigdy więcej nie będzie go pytał o Winter Soldiera, wiedząc też, że zwyczajnie nie starczy mu odwagi. Ponieważ kiedy Bucky mu odpowiedział, Steve zapłakał, zdecydowanie bardziej niż wtedy, gdy go stracił, nie mówiąc już o tym, kiedy pierwszy raz go pobili. Nigdy już nie próbował pytać, nie po tym, jak po słowach „Boże, dziękuję, że to ja, a nie on.", został rozbity na małe kawałeczki.

piątek, 22 kwietnia 2016

Tylko martwi widzieli koniec wojny.


Krew, krzyk, śmierć. Steve zakrztusił się pyłem, który unosił się w powietrzu. Przestrzeń naokoło była przesłonięta dymem, oświecona brunatnymi promieniami słońca, przechodzącego przez tumany kurzu, choć równie dobrze mógł to być też ogień. Ten sam, który trawił teraz pole walki oraz ciała ich sprzymierzeńców i wrogów. Kapitan nie miał pojęcia ile już trwał konflikt. Tydzień? Miesiąc? Lata? Nogi załamały się pod nim i runął na gruz. Jeden z kamieni przebił mu policzek, ale nie miał siły się podnieść i zetrzeć krwi. A co dopiero wstać i ruszyć przed siebie. W końcu, po ciężkim do określenia czasie, podniósł się i oparł o coś, co kiedyś było fundamentem jakiegoś budynku. Mogła to być nawet Stark Tower, jak również zwykły blok mieszkalny. Kapitan nie miał pojęcia, kiedy to przestało się dla niego liczyć. Pociągnął tylu ludzi za sobą. Chciał dobrze, dla nich wszystkich, a nie tylko dla siebie. Przecież tu nie chodziło wyłącznie o Buckiego, a o dekret.

Akt Rejestracyjny, przyczyna ich konfliktu. Przeklęta ustawa, która miała nakazać osobom posiadającym nadludzkie zdolności rejestrację, która wiązała się nie tylko z ujawnieniem swoich danych osobowych, ale także z przejściem pod rozkazy urzędników państwowych. Wcieleni do Federalnych, staliby się niewolnikami, superagentami rządu. Brak Wolności. To dla niego, jak brak powietrza, bo był w końcu Kapitanem Ameryką. Kim by był bez Wolności?

Kim będzie po tej wojnie? Nie chciał nawet wiedzieć, miał zbyt wiele krwi na rękach. Czuł, że nie zapomni żadnego z pustych spojrzeń, ciał tracących stabilność i ciężko upadających na ziemię, tak, jakby byli wypełnieni powietrzem, które ktoś nagle spuścił. Tym kimś bywał czasem i on. Nie zapomni o wygrzebywanych spod gruzu fragmentach kończyn, resztek szkieletów. Wrzasków bliskich, nieważne po czyjej stronie barykady stanęli, za czy przeciw dekretowi. Za czy przeciw? Co to tak naprawdę znaczyło? Sprawiedliwość kontra Wolność? Prawo wobec indywidualizmu? Iron Man czy Kapitan Ameryka? Przyjaciele a przekonania? Nie wiedział, bo, mimo wszystko, śmierć pozostawała śmiercią.

Steve ukrył twarz w dłoniach, mrucząc przy tym, niczym mantrę, imiona poległych, przeplatając je przeprosinami dla ich bliskich. W oddali słyszał wystrzały, krzyki, wybuchy, gdzieś trzaskał ogień. Niby wojna, to wojna i nie powinna się niczym różnić, a mimo to serce Kapitana było rozrywane na drobne kawałki. Bo nie walczył z nieznanymi ludźmi, wtedy łatwo było przykleić im nalepkę nazisty, mordercy, byli w szufladce, do której została przyczepiona metka „można zabijać". Bez skrupułów, bez wyrzutów, bez zastanowienia. Teraz miał przed sobą przyjaciół. To była wojna domowa, najgorszy ze wszystkich możliwych konfliktów.

Przepraszam Natasho, obiecałem ci to, a nie zdołałem uchronić Clinta.
Wybacz Colosusie, Shadowcat była zbyt dobra, zbyt delikatna na front.
Drogi Black Panter, wiedz, że nigdy nie widziałem tak cudownej wojowniczki, jak Storm.
Moje kondolencje Logan, wiem, że X-23 była dla ciebie niczym córka.
I ciebie też Wade, powinienem tam być, Punisher nie zdążył uratować Petera.

Słowa brzmiały pusto, beznadziejnie. Dźwignął się z ziemi zanosząc się kaszlem. Nie był bohaterem, na pewno nie zasługiwał na miano Kapitana Ameryki. Miał na imię Steve. Steven Grant Rogers, tak się nazywał. Nic więcej, nic mniej. Ruszył przed siebie, w kierunku odgłosów pola bitwy. Nogi odmawiały mu posłuszeństwa, obraz rozmazywał się, a on słabł z każdym krokiem. Walki nie ustawały, szala zwycięstwa nie chciała przechylić się widocznie na żadną ze stron konfliktu. W pyle wydawało mu się, że widzi błysk pazurów Wolverina, rude loki Nataszy, ale to wszystko mogło być halucynacją, ułudą. Był zbyt wycieńczony, żeby móc poświadczyć za swoje zmysły, był cieniem samego siebie.

- Rogers?

A jednak coś nie było mirażem, w końcu ten głos poznałby wszędzie. Gdy go widzi nie jest w stanie powstrzymać uśmiechu, rozkłada ręce, tak, jakby chciał się przywitać, a po chwili obrywa z pięści w twarz. Sam nie chce się do tego przyznać, ale chciałby, żeby ten cios go wyłączył. Na jakiś czas. Albo na zawsze, bo Steve już dawno temu stracił poczucie czasu. I wie, że musi mu oddać, przywalić, posłać go na ziemię, tak jak przez ostatni tydzień (miesiąc? rok?). I robi to, bo jest cholernym Kapitanem Ameryką. Ten przed nim to nie Tony, nie jego przyjaciel, nie ten gość, z którym pił codziennie rano kawę, trenował do upadłego, rozmawiał godzinami. Nie ten, u którego przesiadywał w warsztacie, czasem po prostu mu się przyglądając, czasem leżąc i szkicując lub po prostu śpiąc. To nie ten Tony, który z anielską cierpliwością tłumaczył mu działanie telefonu, internetu, mikrofalówki. To tylko Stark. Iron Man. Wróg. To wszystko robił Steve i Tony. Teraz byli zupełnie innymi osobami. Rogers potrząsnął głową. Kogo próbował oszukać? To ten sam człowiek, jego przyjaciel. Spuścił gardę, przyjmując cios na twarz. Tony zamarł wpatrując się w niego ze zdziwieniem, otworzył maskę, a Steve wreszcie zobaczył (po tygodniu? miesiącu? latach?) jego twarz, a nie metalową puszkę. Rogers leżał na ziemi, miał złamany nos, po chwili obracania językiem w ustach pełnych krwi, wypluł ząb.

- Hej, czemu się nie uśmiechniesz? Przecież mówiłeś, że chcesz to zrobić.

Stark sztywnieje, szok otwiera mu usta. Steve wiedział, że nie wyglądał już jak Kapitan Ameryka. Był styrany, ranny, jego strój dawno przestał być niebieski, przez kurz i krew. Człowiek. Rogers podniósł głos, wiedział co musi zrobić. Wiedział też jakie będzie to miało konsekwencje, ale nie żałował. Niczego, już nigdy nie będzie żałował.

- Koniec z bezsensowną śmiercią. Skończcie walczyć!

Wokół nich zaczęli zbierać się ludzie. Przerywali walki, podchodzili bliżej, słuchali, jakby z niedowierzaniem. Ich twarze wyrażały tysiące emocji: strach, złość, nienawiść, nadzieję, ból.

Rogers bierze je wszystkie na siebie, z uśmiechem odkrywając, że to także jego cecha, nie tylko Kapitana Ameryki.

- Oddam się w ręce Federalnych, pod warunkiem, że ułaskawią tych, którzy poszli za mną.

Ktoś zaczął krzyczeć, to chyba Bucky, ktoś rzucił w niego wiązanką przekleństw, ale Steve widział tylko Tony'ego, wszystko naokoło było rozmazane.

Podszedł do niego z uśmiechem, wyciągnął dłoń, dzieliły ich metry odległości i mile poglądów. Kapitan Ameryka w nim krzyczał, nie zgadzał się, nie rozumiał, ale Steve Rogers po raz pierwszy w życiu całkowicie go zignorował. Jego usta ułożyły się w bezdźwięczne „przepraszam", a Tony pokiwał głową.

Nie ma już Iron Mana i Kapitana Ameryki. Jest tylko ból i wybaczenie, które sprawia, że szedł szybciej. To już tak niedaleko, już zaraz wszystko się skończy. Steve nie rozumie dlaczego nagle nie może iść dalej, dlaczego obraz mgli się jeszcze bardziej, dlaczego nawet sylwetka Tony'ego, do tej pory tak bardzo wyraźna zaczyna się zacierać. Nie wie też dlaczego nagle upada na ziemie, a jego ręce i nogi stają dziwnie sztywne i ciężkie, jakby nie jego. Stara się coś powiedzieć, próbuje wstać, a w końcu doczołgać się do Tony'ego, przecież to było tak blisko, ale nie potrafi. Chce mu się spać, jest naprawdę zmęczony tym wszystkim. Wciąż czuje, jak Kapitan rozdrapuje go od środka, wyjąc cierpiętniczo, wyzywając Steve'a od zdrajców, ale powoli cichnie, tak jak wszystko na około. Gdy patrzy na swoją klatkę widzi kilkanaście obficie krwawiących dziur, którym posyła lekki uśmiech, po czym czyjeś ręce podrywają go do góry. Ostatnim co widzi Steve są brązowe oczy Starka. Ten krzyczy coś do niego, udaje mu się uchwycić frazy „Nie waż mi się umierać" i „Medyka". Chce go uspokoić, położyć mu rękę na ramieniu i powiedzieć, że przecież, to już nie ma sensu, ale nie potrafi. Ma tylko nadzieje, że chociaż ten uśmiech, który z całych sił chciał mu posłać się udał. Tony krzyczy, ale jest coraz dalej, Steve już nawet nie czuje jego dotyku, nie słyszy słów, a po chwili przestaje widzieć.

Wie tylko, że Kapitan Ameryka poniósł klęskę, ale Steve Rogers odchodził spokojny.

Odchodził wolny.

środa, 13 kwietnia 2016

I SHIP IT!


Peter wylegiwał się na kanapie w domu Deadpoola naprawdę ciesząc się z dnia wolnego. Od dawna nie miał okazji wypocząć, ale tym razem jego kontuzje, już tak bardzo dawały mu się we znaki, że postawił na zaleczanie ich. Kolejną zaletą było spędzanie tego "urlopu" w towarzystwie. Obok niego, w fotelu, wyłożył się pewien szurnięty najemnik. Peter przyglądał temu obrazkowi się z lekkim uśmiechem, rzadko zdarzało się zobaczyć Deadpoola tak spokojnego. Oczywiście, w czasie snu nie powinno to być jakieś nadzwyczajne, ale Wade wychodził poza wszelkie normy i schematy. Z jego tabletu wydobywały się ciche dźwięki Archive, ostatnio nie słuchał niczego innego, zażynając w kółko kilka utworów. Peter dźwignął się z kanapy i podszedł do śpiącego z zamiarem bezpiecznego odłożenia sprzętu na zawalony wszystkim stół. Naprawdę, przy odrobinie szczęścia, można było znaleźć tam, zarówno zeszłoroczne kawałki pizzy, kontrakt na „Deadpool 2" czy nawet kluczyki do odrzutowca X-Menów. Oczywiście mutanci nie mieli o tym bladego pojęcia. Pochylił się nad cicho pochrapującym najemnikiem, zaglądając na matrycę urządzenia. Ze zdziwieniem zauważył, że Wade coś czytał, a rzadko zdarzało mu się sięgać po inną lekturę, niż komiksy. Wyciągnął sprzęt z dłoni Deadpoola, jak na najemnika miał okropny refleks, gdy spał. No, chyba, że nie odczuwał potrzeby bycia czujnym w obecności Petera, chłopak potrząsnął głową, odganiając tą niedorzeczną myśl, przeleciał wzrokiem po kilku linijkach tekstu i o mało co, nie upuścił tabletu na ziemię.

- Deadpool?

Najemnik wydał z siebie niezadowolony pomruk i spojrzał na Petera, przekrzywiając głowę w pytającym geście. Spider-Manowi drżały dłonie.

- Co. To. Jest.

Peter podsunął Deadpoolowi tablet pod sam nos czując, że zimny pot spływa mu po plecach. Wade przetarł twarz i skupił się na podświetlonej matrycy. Po chwili na jego usta wstąpił mały uśmieszek. Peter podsunął mu urządzenie jeszcze bliżej, jeżeli to w ogóle możliwe i ponaglił:

- Wade.

W przerażonym głosie Spider-Mana pojawiła się nutka grozy. Deadpool uśmiechnął się jeszcze szerzej i odpowiedział, tak, jakby była to najnormalniejsza rzecz na świecie:

- Fanfiction.

Przyglądał się Peterowi, który zamarł z otwartymi ustami i szokiem wymalowanym na twarzy. Już dawno nie widział tak zdezorientowanego Pajęczarza.

- Fanfi... Co?

- No wiesz Petey. Takie opowiadania, które piszą fani, a potem publikują na różnych forach. Zupełnie niewinne zajęcie - ledwo powstrzymał chichot. Parker zaczął chaotycznie poprawiać włosy, rozwalając je jeszcze bardziej, jak zawsze, gdy nie wiedział powiedzieć.

- Niewinne?

- Całkowicie.

Usta Petera wykrzywił grymas.

- Od kiedy porno jest niewinne?

Deadpool zaśmiał się we własnej głowie i pociągnął Spideya na oparcie fotela. Pajęczarz przysiadł na podłokietniku z zachmurzonym wyrazem twarzy.

- No sam spójrz! Wpisujesz sobie "Spider-Man x Deadpool" i wyskakuje Ci ogrom takich opowiadań. Są też obrazki...

Wade mógłby przysiąc, że twarz Petera pobladła.

- I... Ktoś pisze takie opowiadania o nas? - przełknął głośno ślinę - W sensie o nas razem? Kto jest tak pojebany?

- Na ten przykład nasza autorka. I nie obrażałbym jej, jeśli chcesz żyć. Nie wiem co jej ostatnio zrobiłeś, ale w takiej jednej historii giniesz tyle razy, że hooo...

- Jaka znowu autorka?!

Wade uniósł dłonie w geście obronnym, o mało co, nie upuszczając tabletu.

- Nic, nic. Co tak patrzysz? O, wiem. Przeczytam ci coś. - Deadpool wziął głęboki w oddech - "Nie mógł przestać na niego patrzeć, oderwać wzroku od jego umięśnionego ciała, ciągle zastanawiając się, jakby to było poczuć jego dłonie na swoim...".

Peter nachylił się nad ramieniem Deadpoola patrząc na matrycę z lekkim poirytowaniem.

- Ale skąd im się w ogóle wziął taki pomysł? Zrozumiałym takie fanficki ze mną i Mary Jane. Czy ludzie już całkiem zapomnieli o mojej gorącej, rudej dziewczynie? W dodatku przecież oboje jesteśmy facetami...

- No to może to? "Zrobiłem coś źle, Petra? Nie, to przeze mnie, ty jesteś ideal...".

- Boże, czy ja jestem tutaj dziewczyną? - Peter wyrwał tablet z rąk Deadpoola, z wściekłą miną przeglądając kolejne fanficki. Po chwili odchylił głowę i wydał z siebie niezadowolony pomruk.

- Dlaczego w ogóle o nas piszą?

- No jakby nie patrzeć, jesteśmy osobami publicznymi, to się nazywa sława, mój drogi Pajączku - powiedział Deadpool, powoli wysuwając urządzenie z palców Petera.

- Kiedy założyłem strój chciałem może i chciałem jakiegoś zainteresowania, ale na pewno nie w tej formie.

- "Dłonie Petera od razu odnalazły drogę do spodni Deadpoola. Nie chciał się już powstrzymywać, pragnął go, jego ust, jego całego..."

- Oddawaj mi to!

Na pobladłe policzki Petera wstąpił rumieniec, próbował ponownie wyrwać tablet, ale Deadpool trzymał urządzenie poza jego zasięgiem.

- O popatrz! - przełączył na inną kartę - Ktoś tu jest w ciąży! I to nie jestem ja...

- Jezus Maria... Deadpool oddaj mi to, do jasnej cholery.

- Spokojnie... - Wade objął go ramieniem, wciąż trzymając tablet poza zasięgiem dłoni Petera - Nie będzie mi przeszkadzało, jeśli troszeczkę przytyjesz. Poza tym. Uważam, że niektóre z tych propozycji są całkiem kuszące. Przyciągnął bliżej rozjuszonego już chłopaka i pocałował go w szczękę. Tak jak się spodziewał, oberwał, w dodatku dość mocno, ale opłacało się, chociażby dla usłyszenia świstu powietrza wciąganego przez zaskoczonego Spider-Mana. I gdzie są teraz te twoje pajęcze zmysły?, pomyślał.

- Matko, Deadpool! Co Ty do sobie wyobrażasz?

- Chcę tylko zadowolić naszych fanów!

- Wychodzę.

- Czekaj! Peter! Myślę, że możemy mieć razem dzieci! Dzieci rozumiesz?!

Odpowiedziało mu trzaśnięcie drzwiami. Wade uśmiechnął się do siebie. Dobrze wiedział, że Spider-Man zaraz wróci. Po pierwsze, zostawił tu swoją torbę z ukochanym aparatem w środku. Po drugie, wybiegł z mieszkania w przydużych ciuchach Wade'a, które założył z rana po wspólnie spędzonej nocy.

wtorek, 15 marca 2016

Kolorowe plastry.


       Gdy Peter Parker stanął przed gmachem swojej nowej szkoły, właśnie rozbrzmiewał dzwonek na pierwszą lekcję. Był trochę przestraszony nagłą zmianą, ale po przeprowadzce do wujostwa nie miał możliwości, żeby kontynuować naukę w poprzedniej placówce. Oczywiście mógł wybrać internat, ale nic go nie trzymało w starej szkole na Bronxie. Spojrzał ostatni raz na wujka Bena, który uśmiechnął się do niego ciepło, a gdy ujrzał przerażoną minkę Petera ukucnął przy chłopcu i położył mu dłoń na ramieniu.

- Dasz sobie radę Peter. Pamiętaj, że nauka to wielka moc. A wiesz, co się z nią wiążę?

- Z wielką mocą wiąże się wielka odpowiedzialność – wyrecytował chłopiec wlepiając wielkie, brązowe oczy w swojego wujka. Ten w odpowiedzi poczochrał go po głowie.

- No, leć już. Bo jeszcze spóźnisz się na pierwszą lekcję.

Chłopiec uśmiechnął się szeroko i pobiegł w kierunku placówki, gdzie już czekała na niego nauczycielka. Po krótkiej formalności, zaprowadziła go pod jego nową salę.

~*~

- Chciałabym, żebyście przywitali nowego ucznia, nazywa się Peter Parker i od dziś będzie chodził z wami do jednej klasy – kobieta, która była jego dyrektorką, odchrząknęła znacząco patrząc na nauczycielkę. Ta od razu zreflektowała się mówiąc:

- Peter, może opowiesz nam coś o sobie?

       Chłopiec rozejrzał się po pomieszczeniu, miał liczną klasę i czuł się trochę nieswojo. Nigdy nie należał do szczególnie lubianych osób, wręcz przeciwnie, uważano go za dziwaka ciągle siedzącego z nosem w książkach. Peter chciał, żeby ludzie go lubili, akceptowali, choć najbardziej pragnął mieć przyjaciela. Nagle przypomniał sobie motywacyjne słowa wujka Bena i od razu bardziej się wyprostował.

- Nazywam się Peter, lubię grać w gry i czytać komiksy. Z przedmiotów szkolnych najbardziej lubię chemię i fizykę. No i mam w domu dwa pająki.

- O matko... Co za nerd... - mruknął jakiś blondyn bazgrzący wściekle w zeszycie. Kątem oka Peter ujrzał płonący dom. Kilka osób zachichotało, co zmroziło Peterowi krew w żyłach. Spuścił głowę wbijając wzrok w czubki swoich trampek. Nieprzyjemną ciszę przerwał wysoki głos nauczycielki:

- Chciałabym, żebyś usiadł z Wadem – mówiąc to nauczycielka wskazała na sam koniec klasy. Po sali przetoczył się nieprzyjemny, złośliwy chichot, co bardzo zdziwiło Petera. Ruszył do chłopca siedzącego z nogami na ławce, który wyglądał... co najmniej dziwnie.

- Nie nazywam się Wade! Jestem...

- Tak, tak, wiemy – warknął jakiś dzieciak.

- Ale kogo to obchodzi? – zaśmiał się drugi. Chłopiec zerwał się z ławki, Peter nie widział jego wyrazu twarzy, była schowana pod czerwono-czarną maską. Wade podwinął rękawy swojej bluzy, całe przedramiona pokryte były większymi i mniejszymi zadrapaniami i zacisnął drobne dłonie w piąstki.

- Mnie obchodzi – Peter uśmiechnął się do zamaskowanego chłopca, a następnie usiadł w ławce, wyciągając książki i przybory szkolne. Od razu zauważył, że po stronie Wade'a znajdował się tylko wystrzępiony zeszyt pełen różnokolorowych obrazków. No dobra, aż trzykolorowych. Jego nowy kolega najwidoczniej miał tylko czarną, zieloną i pomarańczową kredkę – Kto to jest? – zapytał, gdy Wade po chwili zupełnego szoku w końcu zajął miejsce obok niego, uprzednio posyłając w kierunku dwóch zaczepiających go dzieciaków całkiem soczystą wiązankę wyzwisk, za co dostał burę od wychowawczyni. Chłopiec przekrzywił głowę, niczym kot i wydał z siebie prychnięcie.

- Jak możesz nie wiedzieć? Przecież to Kapitan Ameryka.

Peter przyjrzał się obrazkowi jeszcze raz, składał się on z kilku gniewnie postawionych kresek i paru nierównych kółek.

- Od kiedy Kapitan Ameryka ma pomarańczowo-zielony strój?

Wade nadmuchał policzki, było to widoczne nawet pod maską.

- Zero wyobraźni! Popatrz jeszcze raz, jest ta jak ma być!

Peter spojrzał jeszcze raz na obrazek. Stój wciąż pozostawał zielono-pomarańczowy.

- Nic się nie zmieniło.

Wade już otwierał usta, żeby coś mu powiedzieć, ale umilkł, gdy Peter dodał:

- Ale taki też mi się podoba. I Kapitanowi też by się spodobało, jestem pewien! – uśmiechnął się do dziwnego chłopca i odwrócił się do tablicy zaczynając notować słowa nauczycielki.

~*~

- Peteeey... - Wade położył się na jego ramieniu umożliwiając młodemu Parkerowi jakiekolwiek notowanie – Nudzę się.

- Nie nazywaj mnie tak – syknął Peter odsuwając kolegę z ławki i wracając do pisania. Wade burknął coś obrażony i wyłożył się na blacie. Chłopiec spojrzał na niego odkładając pióro na bok.

- Powiesz mi jak się nazywasz?

Wade uniósł głowę i spojrzał na niego zdziwiony.

-Deadpool, jestem Kapitan Deadpool.

- Kapitan? - Peter parsknął śmiechem, ale przestał, gdy jego kolega z ławki zesztywniał - Nie myślisz, że sam Deadpool brzmi o wiele fajniej?

Wade wbił w niego wzrok, a Peter mógł się założyć, że zobaczył jego uśmiech.

- Naprawdę tak myślisz?

       Chłopiec przytaknął, już chciał wrócić do notowania, ale Wade, a raczej Deadpool zagarnął jego zeszyt i zaczął wesoło bazgrać po wolnej stronie. Kiedy Peter próbował zajrzeć mu przez ramię, został przegoniony wesołym fuknięciem. Po chwili okropnie pokaleczone dłonie zwróciły mu jego własność, Parker od razu chciał otworzyć go na rysunku Deadpoola, ale Wade mruknął:

- Zobaczysz w domu.

Reszta zajęć minęła im na szeptanych rozmowach.

~*~

Do domu wbiegł z wesołym krzykiem.

- I jak? Masz taką fajną nową klasę? - zapytała ciocia May kładąc przed nim talerz z obłędnie pachnącym obiadem.

- Nie - odpowiedział zapominając na chwilę o jedzeniu z zamkniętymi ustami - Ale mam świetnego kolegę! Nazywa się Wade, choć chce, żeby wołać na niego Deadpool.

Ciocia May uniosła brew, na jej ustach pojawił się lekki uśmiech.

- Jest trochę dziwny i nosi maskę, wiesz ciociu? I ma paskudnie pokaleczone ręce, ale też lubi komiksy! I Kapitana Amerykę! - przerwał na chwilę kończąc obiad - Mogę iść? Odrobię lekcje i pogram troszkę.

- Nie wolisz wyjść na dwór?

- Nie, ciociu.

Ostatnim razem, gdy pojawił się na podwórku dzieci nie przyjęły go zbyt ciepło. Tym bardziej cieszył się z nowej znajomości.

- Idź, idź Peter.

       Uśmiechnął się i wbiegł po schodach na górne piętro gdzie znajdował się jego pokój. Wskoczył na łóżko wykładając się pomiędzy wielokolorowymi plakatami z super bohaterami i zaczął buszować w plecaku w poszukiwaniu zeszytu od angielskiego. Rysunek był dokładniejszy niż te, które Peter widział w szkole. Dwóch chłopców, jeden zamaskowany, drugi szeroko uśmiechnięty, w okularach i z pająkiem na koszulce. Petera zdziwił ten symbol, to musiałoby znaczyć, że Wade słuchał jego przedstawiania się. I że wcale nie uznał posiadania pająka za dziwactwo, co automatycznie podniosło chłopca na duchu. Naokoło nich zawieszone w powietrzu zostały pudełka z grami, komiksy, tarcza Kapitana Ameryki i coś, co przypominało Peterowi taco, ale nie był tego pewny. Uśmiechnął się szeroko i ostrożnie wyrwał rysunek wieszając go sobie nad łóżkiem. W tym momencie Peter po raz pierwszy od śmierci rodziców czuł się naprawdę szczęśliwy.

~*~

- Deadpool!

       Zamaskowany chłopiec podniósł głowę znad gameboya. Do lekcji zostało jeszcze kilka minut, więc Peter od razu dosiadł się do nowego kolegi. Patrzył z przejęciem na Charizarda, który właśnie rozgramiał wszystkich przeciwników, którzy stanęli na drodze postaci Wade'a. W pewnym momencie Deadpool zapisał grę i spojrzał na Petera z lekkim uśmiechem malującym się pod maską.

- Widziałeś obrazek?

- Tak! Nawet powiesiłem go sobie na ścianie. Może wpadniesz dzisiaj po szkole, to go zobaczysz? Możemy też pograć w gry albo coś.

Uśmiech zniknął z ust Wade'a.

- Wiesz, nie mogę dziś. Może, kiedy indziej?

Peter przytaknął próbując nie okazać smutku.

- Mam coś dla Ciebie – powiedział i wyjął z plecaka podarunek od cioci May. Było to pudełko różnokolorowych plastrów z postaciami z bajek. Peter chwycił ramię Wade'a położył je na swoich kolanach, podwinął rękaw czerwonej bluzy kolegi i zaczął pokrywać co większe skaleczenia plastrami. To samo zrobił z drugą ręką. Gdy skończył uśmiechnął się szeroko zadowolony z własnej roboty. Chciał opuścić rękawy, ale Deadpool go powstrzymał.

- Są fajne. Niech zostaną na wierzchu – odwrócił głowę w kierunku ściany i wydukał – Dziękuję.

- To wszystkie?

Wade spojrzał na niego zdziwiony, a potem zachichotał. Podniósł bluzę wyżej ukazując mu posiniaczony i również pokaleczony brzuch. Peter, aż wciągnął powietrze.

- Skąd to masz?

- Nie dogaduję się z ojcem. Dlatego nie mogę dzisiaj przyjść. Ale naprawdę, dzięki, że o mnie pomyślałeś.

- Jutro ich przyniosę więcej!

Deadpool zaśmiał się cicho i objął Petera ramieniem. Siedzieli tak rozmawiając, aż do dzwonka.

~*~

       I tak mijały kolejne dni, tygodnie. Peter i Wade stali się prawie nierozłączni. Wszędzie chodzili razem, po pewnym czasie Deadpool w końcu odwiedził dom Petera, a po pewnym czasie nie opuszczał żadnego obiadu. Od razu polubił się z ciocią May, często, gdy Peter odrabiał lekcje pomagał jej w przygotowywaniu jedzenia, zawsze powtarzał, że lubi gotować. Jedyne, co martwiło małego Parkera, to wciąż rosnąca ilość ranek na ciele Deapoola, o których uparcie nie chciał mówić, więc Peter w milczeniu zakrywał je kolorowymi plasterkami. Był to już swego rodzaju zwyczaj.

       Któregoś razu poprosił, żeby został u niego w domu na noc. Z tego, co udało mu się wydusić z Wade'a, to mieszkał dalej od szkoły niż Peter, a jemu nie uśmiechało się, żeby Deadpool codziennie wracał późnym wieczorem do domu. Często odprowadzał go z wujkiem Benem, ale zawsze do pewnego momentu, potem Wade grzecznie dziękował i wbiegał w jakąś uliczkę. Po bardzo długich namowach Deadpool się zgodził. Peter specjalnie na ten wieczór przygotował masę popcornu i wypożyczył starą sagę Gwiezdnych Wojen. Wade kompletnie nie trawił najnowszych filmów, zawsze denerwował się, gdy widział Jar Jar Binksa, przeklinając projekt tej postaci. Ciocia May upiekła nawet ich ulubione ciasteczka, a wujek Ben wracając z pracy kupił im kilka taco, mając w pamięci, że Wade uwielbia meksykańskie jedzenie. Gdy Deadpool przyszedł Peter rzucił mu się na szyję, o mało co nie łamiąc mu karku. Cały wieczór grali na zmianę w Zeldę i oglądali filmy. Dopiero, gdy zrobiło się późno Wade wyraźnie się spiął.

- Coś się stało?

- Nie zapytałem ojca czy mogę tu zostać.

Peter spojrzał na niego zszokowany.

- Ale dlaczego?

- I tak by mi nie pozwolił, woli, żebym, co noc był w domu, żeby robić mi to – warknął Wade wskazując palcem na kolorowe plastry lub raczej to, co znajdowało się pod nimi. Peter poczuł, że ogarnia go złość i choć nie znał ojca Deadpoola, to już wiedział, że nienawidzi gościa. Przytulił mocno przyjaciela, po chwili dodając:

- Zostań tutaj, jeśli chcesz. Ciocia z wujkiem na pewno się ucieszą. I ja się ucieszę.

       Wade zerknął na niego zdziwiony, Peter coraz lepiej czytał emocje z zamaskowanej twarzy, choć mogło się to wydawać niemożliwe. Jednak zarówno uśmiech, jak i zmarszczone brwi czy szeroko otwarta buzia odznaczały się pod materiałem maski.

- Nie mogę Petey. Już dziś mam wyrzuty sumienia, bo zostawiłem mamę samą. Powiedziała mi, że rozumie, no i jest bardzo szczęśliwa, że poznałem kogoś takiego jak ty.

Peter siedział zszokowany, Wade nigdy nie mówił o swoich rodzicach, poza tym jednym razem, gdy pierwszy raz przyniósł plastry.

- Poza tym. Naprawdę chciałbyś trzymać w domu kogoś takiego jak ja?

- Jasne, że tak.

- Nawet, jeśli będziesz wiedział, jak wyglądam.

Peter pokiwał głową, na znak potwierdzenia. Wade był przyjacielem, a wujek Ben zawsze powtarzał, że przyjaciół nie opuszcza się z głupich powodów. Deadpool zaśmiał się cicho i dotknął swojej maski.

- Obiecujesz, że nie będziesz się śmiał?

- Obiecuję.

       Wade zdjął czerwono-czarny materiał i uśmiechnął się Petera. Jego twarz była pokryta paskudnymi bliznami, wyglądało to tak jakby ktoś czymś go przypalił, nie zabrakło też zupełnie świeżych sińców i skaleczeń. Peter delikatnie dotknął jego policzka patrząc przerażony na te wszystkie obrażenia. Spojrzał w wesołe czekoladowe oczy, pogłaskał brązową czuprynę, mocno przerzedzoną przez rany na głowie.

- Wade... On tak nie może.. Nie ma nawet opcji. Zadzwońmy na policję albo gdzieś...

- I wtedy zupełnie stracę kontakt z matką. Mam to już przekalkulowane Petey. I nie opłaca mi się to. Kocham mamę, a poza tym, jeśli coś z nim zrobią, to mnie stąd zabiorą. Od ciebie. Nie Petey, tak jest całkiem dobrze. Czasem wkurwia się na te plastry, jest zły, że ktoś widział, że ktoś zauważył, jakim jest „cudownym" ojczulkiem, ale one sprawiają, że potrafię się mu jakoś przeciwstawić. Jak będę silniejszy to go pokonam.

Wade uśmiechnął się do niego szeroko i ponownie założył maskę puścił ostatnią część Gwiezdnych Wojen. Objął ramieniem Petera i dodał:

- Wiesz, mam Ciebie i jest dobrze. Czuję się jakbym miał normalną rodzinę, dom. Genialne uczucie.

Peter zapewnił Wade'a, że to się nigdy nie zmieni i wciąż wtulony w ciepłe ciało przyjaciela, skupił się na filmie.

~*~

       Przez następne dni Deadpool nie pojawiał się w szkole, co okropnie przybiło Petera. Zamiast skupić się na zajęciach bazgrał po zeszycie i wpatrywał się w puste krzesełko obok siebie. Cholernie się martwił. Tak bardzo, że postanowił sprawdzić, co się dzieje z jego przyjacielem. Po zajęciach poszedł tam gdzie zwykle odprowadzał Wade'a z wujkiem Benem. Było to małe skrzyżowanie dwóch przecznic, do którego przylegał plac zabaw. Idąc tam z odruchu zahaczył o aptekę kupując opakowanie plastrów, co kilka dni dostawał na nie drobne od swojej cioci. Gdy podszedł do placu zabaw, zaczął szukać wśród dzieci, jakiegoś w czerwono-czarnej masce. Zamiast swojego przyjaciela Peter znalazł kłopoty.

- No proszę, proszę.

       To byli kolesie z jego klasy, pośród nich stał trochę straszy i o wiele wyższy gość. Nie wyglądali na przyjaźnie nastawionych. Chłopiec zaklął pod nosem, przejął to od Wade'a, choć w dużo mniejszym zakresie i zaczął się powoli wycofywać.

- Wolnego młody.

       Starszak złapał go za ramię i pchnął na ziemię. Peter stęknął, spróbował się podnieść, ale mocny kopniak posłał go tam z powrotem. Kątem oka zauważył nadlatujące kopnięcie, spróbował zasłonić twarz, jednak uderzenie nie nastąpiło. Usłyszał za to krzyk, a gdy otworzył oczy ujrzał Wade'a, który właśnie częstował starszaka prawym sierpowym. Nastolatek padł na glebę, po chwili wypluł zęba i zaniósł się przerywanym szlochem.

- Kto następny? – zapytał Deadpool. Dzieciaki od razu się cofnęły. Peter parsknął śmiechem widząc ich przerażone miny. Wade podniósł go z ziemi i otrzepał z ziemi – Jeśli ktoś jeszcze raz zaczepi mojego przyjaciela, to będzie miał do czynienia ze mną, jasne?

Dzieciaki pokiwały głowami, szybko podniosły starszaka z ziemi i zniknęły z ich pola widzenia.

- Co tu robisz? – w głosie Wade'a pojawiła się nutka złości. Peter spuścił głowę zakłopotany.

- Szukałem cię, nie pojawiasz się w szkole od kilku dni. Bałem się, że coś ci się stało.

Deadpool zaśmiał się cicho.

- Jak na razie to ty oberwałeś. Ale nie martw się to mój obowiązek, nie?

- Obowiązek?

- Rycerze ratują księżniczki, co nie? – syknął, gdy oberwał z łokcia od przyjaciela.

- Jesteś niemożliwy – warknął Peter – Przyniosłem ci plastry.

       Wade wydał z siebie okrzyk zachwytu i chwycił Petera pod ramię, ciągnąc go w kierunku domu Parkerów. Chłopak nie miał nic przeciwko, w końcu nie dokończyli ostatniej części Gwiezdnych Wojen, a ciocia na pewno czekała na pomocnika w robieniu obiadu.