...

wtorek, 16 lutego 2016

Sto tysięcy cz.2

Przedostała się w parszywy czas,
przez ulice zakażone bezradnością dni.


      Gdyby Deadpool miał określić swoje życie jednym słowem, to byłoby to pewnie parszywe. Nic więcej nic mniej. Może jeszcze jakiś czas temu nie określałby go, aż tak źle. W końcu miał trochę wesołych wspomnień, parę, ale osób, na których skupiał się cały jego świat. I ten i tak już bardzo pokręcony światek, runął w gruzach w momencie śmierci jego córki. Wade nie chciał pamiętać, ale wiedział, że ten obraz nigdy go nie opuści. Ciągnące się niemożliwie minuty, gdy przerażony kopał w stercie trupów, błagając, żeby nie było tam jego córeczki. Jego Ellie. Jego słońca, jego najważniejszego powodu do życia. Oczywiście życie musiało jeszcze raz sobie z niego zażartować. Okrutnie, jak zawsze. Znalazł ją, ledwo rozpoznając przez ilość i rozległość obrażeń. Upewnił się, o ironio, przez zegarek z Hello Kitty na jej nadgarstku, jakiś czas temu kupili sobie takie same. Nie pogodził się ze stratą. Ścigał jej morderców i zemścił się na każdym z nich.

      I mimo tego, że świat wciąż widział tą jego wesołą, choć mocno pieprzniętą stronę, to gdzieś w środku Deadpool zaczynał czuć bezsensowność swojej egzystencji. Nie miał swojego miejsca, nie miał, dla kogo żyć. Przedtem najemnicze życie oświecała mu możliwość spotkania się z Ellie, którą ukrywał u członkini S.H.I.E.L.D. Powinien jej bronić i nie opuszczać nawet na krok, to nie była jej wina, że był jej ojcem. Szaleństwo też przestawało być jego siłą napędową. Głosy również stawały się leniwe, Yellow większość czasu przesypiał, tylko White czasem rzucił w niego jakąś kwaśną obelgą. Zaczęło dochodzić do momentów, gdy Wade nie potrafił rano wstać, przestawał odbierać telefony od zleceniodawców, całe dnie przesiadywał w domu z meksykańskich żarciem, nadrabiając seriale. Motywacja do życia znikła wraz z jego córką. Nachodziły go też nieprzyjemne przemyślenia, a oglądanie raz po raz Million Dollar Baby też nie pomagało. Choć najgorzej było, gdy zaczynał wspominać, analizować swoje życie. Nigdy przedtem tego nie robił i cóż... Bilans był raczej słaby.

Dom. Dzieciństwo. Wiecznie wkurwiony ojciec. Przemoc. Molestowanie. Ból. Wstyd. Cierpienie. Matka, jego ukochana ostoja. Matka narkomanka. Matka, która za szybko odeszła. U.S Army. Trening. Odejście z oddziału. Zostanie najemnikiem. Maroko. Szkolenia. Japonia. Szkolenia. Powrót do USA. Zlecenia. Poznanie Vanessy. Rak. Eksperyment. Pieprzony Francis...

Długo masz zamiar się tak nad sobą użalać?

      Gdy kompletnie odechciało mu się żyć próbował się zabić. Nagle Healing Factor okazał się jego najgorszym wrogiem, przeciwnikiem nie do pokonania, cholernym dupkiem trzymającym go w obrzydliwym ciele. Gorszym od samego Wolverina. Przyłapywał się na tym, że machinalnie wykonywał swoją robotę.

Zlecenie. Sen. Zlecenie.

Autopilot. Wszystko zlewało się w jeden szary ciąg, o którym myślał tak rzadko, jak o rzadko myśli się o oddychaniu lub mruganiu.

Zlecenie. Sen. Zlecenie.

      Podczas jednego z takich zleceń poznał Petera Parkera. I od razu go polubił, choć cóż... Można powiedzieć, że raczej jednostronnie. Co go przyciągnęło do Pajęczarza? Nie był do końca pewien. Na początku Peter traktował go z dystansem, krytykował, z powodu jego formy zarobku. I w kółko powtarzał:

„Z ogromną mocą idzie w parze ogromna odpowiedzialność."

Słowa te wypowiadał wręcz z namaszczeniem i delikatnym uśmiechem, choć to drugie Deadpool zauważył dużo później. Potem zwykle mierzył Wade'a chłodnym spojrzeniem i dopowiadał:

„A Ty się tylko bawisz, jak dzieciak z piaskownicy. W dodatku podczas tej zabawy ludziom spadają głowy."

I ciężko mu się było z Spidermanem nie zgodzić. A jednak zamiast stronić od Petera, działa się rzecz zupełnie odwrotna, szukał jego towarzystwa. Wiedział o tym, jak bardzo Spidey uwielbiał Manhattan i że, podczas patroli, nieraz się tam zapuszczał. Wtedy Deadpool dotrzymywał mu towarzystwa próbując się dowiedzieć, dlaczego tak lubi przesiadywać z Pajęczarzem. I im więcej słuchał tym lepiej rozumiał.

      Peter, mimo młodego wieku, zawsze starał się być poważny i opanowany. Wade'owi wydawało się, że to przez moc i przymus szybkiego dorośnięcia z jej powodu. Przez tą całą „wielką odpowiedzialność". Pomimo to, zdarzały mu się momenty, gdy przystawał, jego kamienna twarz nagle się rozchmurzała i Peter zaczynał zachwycać się, a to pięknem Brodwayu, a to smakiem taco lub cichym i przytulnym widokiem Queens. I Deadpool naprawdę polubił tego Spidermana. Spidermana, który zachwycał się pierwszymi przebłyskami błękitnego nieba wiosną, zielenią, ogarniającą Central Park latem, wszystkim, co wiązało się z jesienią, to była jego ulubiona pora roku, spokojem, a jednocześnie martwym wyciszeniem, które niosła ze sobą zima.

      Wade nie powiedziałby, że Peter patrzył na świat przez pryzmat fotografii, którą się pasjonował. Aparat pozwalał mu na uchwycenie momentów. Niecodziennych w swojej codzienności. A Peter wyłapywał takich momentów o wiele więcej niż przeciętny człowiek; był wrażliwy na otaczający go świat. Szukał tego „czegoś" i uwieczniał je. Był bardziej pasjonatem świata niż fotografii. Za to Wade zaczynał uważać za to „coś", co Peter uwieczniał na swoich zdjęciach, właśnie młodego fotografa. Coś, co potrafiło go wzruszyć i pomagało się oderwać od codzienności, jeśli tak mógł nazwać swoje najemnicze życie. Bo Peter był dla Deadpoola osobą, która wręcz jaśniała dobrem i niewinnością na tle wszystkiego i wszystkich. Oczywiście nie był bez skaz, popełniał błędy, jak każdy człowiek. Jednak, gdy inni przechodzą nad nimi do codzienności, a przynajmniej próbują, Peter dokładał ich sobie jeszcze więcej. Przede wszystkim obwiniał się o śmierć swojego wujka i Gwen, choć według Deadpoola zupełnie niepotrzebnie. I mimo tego, mimo bycia udręczonym swoją historią, obowiązkiem, który ktoś złożył na jego barki bez jakiegokolwiek pytania o pozwolenie, mimo odrzucenia, uznania przez większość świata za kryminalistę, mordercę, mimo tego Peter czerpał przyjemność z życia. Z każdego lotu na pajęczynie, z wiatru, który otulał go zimnymi ramionami na dachach wieżowców i przyprawiał o gęsią skórkę, z prostych czynności, na które Deadpool dawno, a może i być, że od zawsze, przestał zwracać uwagę. Peter był za to tak autentyczny w tym swoim zachwycie życiem i światem, że Wade'owi nierzadko odbierało mowę.

Sam Deadpool nie należał do osób z jakimiś głębszymi przemyśleniami. Większość emocji wyrażał akcentując je wiązanką przekleństw, tak po prostu było najłatwiej. Jednak ktoś, Deadpool za nic nie pamiętał, kto dokładnie, kiedyś mu powiedział:

      Żyjemy w skażonym świecie, dlatego, kiedy widzisz coś pięknego, w momencie, gdy czujesz prawdziwe wzruszenie, gdy spotykasz dobrego człowieka - bierz to. Oglądaj, dotykaj, słuchaj. Choćby kwadrans, jeden błysk światła, jedną szczerą rozmowę. Jesteśmy spragnieni czystego dobra, które często mija na tak zwyczajnie i szybko, ze nawet nie zdajemy sobie sprawy, że przeszło przed naszym nosem.

Tym mniej więcej był dla Deadpoola Peter.

poniedziałek, 15 lutego 2016

Sto tysięcy cz.1

Mimo wszystkich nieprzespanych nocy.

      Witam. Mam dla Was początek dłuższego opowiadania. Chciałam tylko poinformować, że kursywą zapisywane są myśli Yellow Boxa, natomiast pogrubione zostały te należące do White Boxa. Zapraszam wszystkich do czytania i komentowania.

***
Znowu nie zdążył.

Oczywiście. Nigdy nie zdążasz. Taki nieudacznik, jak ty nie może zrobić niczego dobrze.

***

      Gdy oprzytomniał poderwał się do siadu łapiąc głowę między dłonie, próbując za wszelką cenę zapomnieć. Dyszał i dygotał, a obślizgłe macki strachu pełzły po jego plecach, owijając się ciasno wokół klatki piersiowej, ograniczając oddech. Bał się, że zaraz zwymiotuje z natłoku emocji.

- Deadpool?

Podskoczył. W drzwiach salonu stał Peter. Opierał się o framugę, ręce trzymał założone na klatce piersiowej i spojrzeniu mógł dostrzec pytanie. Nie umknął mu też przyśpieszony oddech Parkera, co znaczyło, że ten musiał tu przybiec.

Oh, martwi się! Martwi!

W snach, Yellow. Nikt nie będzie się przejmować takim potworem.

Peter podszedł do niego i usiadł na skraju kanapy. Jak przez mgłę Deadpool przypomniał sobie, że poprzedniego dnia poprosił o możliwość nocowania w domu Spideya, na co ten przystał. Z lekkimi obiekcjami, ale jednak. Ledwo to pamiętał, miał poczucie, że rozmową, którą powinni przeprowadzić zaledwie kilka godzin wcześniej, tak naprawdę odbyła się bardzo dawno temu.

- Mówię do Ciebie.

Przełknął ślinę, modląc się w duchu, żeby Peter tego nie zauważył i rzekł tylko lekko drżącym głosem.

- O co chodzi, pajączku? – czuł, że to nie brzmi tak jak powinno, był cholernie spięty i wiedział, że nie potrafi udawać siebie. Samego siebie sprzed paru godzin. Spiderman uniósł brwi i potargał swoje ciemne włosy w geście zdumienia.

Tak jak zawsze, prawda? Zawsze się tak czochra, gdy nie wie, co powiedzieć. Widziałeś to tysiąc razy!


Eh, Yellow. Chyba ciągle zapominasz, że ten debil rzeczywiście widzi to po raz setny.

- Źle się czujesz? – mimo, że zaprzeczył, to Peter i tak przyłożył dłoń do jego czoła. Był wyraźnie zmartwiony. Deadpool spróbował skupić się na jego dotyku i zepchnąć zły sen w zakątki podświadomości. A najlepiej zapomnieć. Nie chciał go pamiętać.

To nie sen idioto.

A może sen? Może to też jest sen? Może my też jesteśmy, co myślisz White?

Zamknij się Yellow. Zniżasz się do poziomu tego idioty, w którego mózgu przyszło nam zamieszkać.

- Deadpool.
      Patrzył w zaniepokojone piwne oczy Parkera. Następnie zebrał wszystkie siły, jakie w nim drzemały i wyszczerzył się do niego. Oczywiście, na próżno. Przez strach zapomniał masce, rozgoryczony, że wysiłek poszedł na marne. Peter nawet gdyby chciał nie mógł nic zauważyć. Sam Spiderman oczywiście maski nie miał. Już dość dawno temu Parker zdradził mu swoje prawdziwe imię i nazwisko, po jakimś czasie Deadpool dowiedział się, też gdzie nastolatek mieszka, od tego czasu często go odwiedzał. Skutkowało to tym, że Peter zupełnie nie martwił się o chowanie swojej tożsamości, a co za tym szło – twarzy. Jego spojrzenie przynagliło go do odpowiedzi.

- Nic mi nie jest. Naprawdę – silił się na jakiś żart, ale stwierdził, że to bezcelowe.

- Krzyczałeś przez sen. To był jakiś koszmar czy inne cholerstwo?

Deadpool spuścił głowę i tylko wymamrotał:

- Tak, tak.
      Peter nie wyglądał na ani trochę przekonanego, ale nie forsował. Deadpool jednak poznał go, aż za dobrze i był pewny, że jest to tylko chwilowe. Szybko wstał z kanapy odrzucając koc na jej drugą stronę. Naciągnął przez głowę górę od kombinezonu i zaczął szukać swoich katan.

- Co to się stało, że nie zostajesz na śniadaniu?

- No wiesz, Pajączku. Zlecenia, praca, mordowanie, te sprawy.

Poprawił pas na biodrach, upewniając się, że nie spadnie i ruszył w kierunku okna. Szybko. Zanim się złamie. Nim dopadł do parapetu, drogę zagrodziło mu szczupłe ciało Petera.

- Ty zawsze zostajesz. Choćbyś miał tysiąc zleceń. Zawsze zostajesz i zużywasz roczne zapasy mąki do zrobienia nienormalnej ilości naleśników, które i tak jakimś cudem pochłaniasz. Jesteś nieswój Deadpool. I nie próbuj mi wmawiać, że wszystko jest dobrze. Coś się stało? Zniszczyłeś coś, gdy spałem?

Najemnik odwrócił się na pięcie i ruszył, niczym automat, w kierunku kuchni. Tylko spokojnie, tylko nie myśleć.

Ty nigdy nie myślisz, w tym Twój cały problem.

- Wade!

Zatrzymał się z ręką zawieszoną w powietrzu zaledwie kilka centymetrów od szafki. Gdy usłyszał swoje imię, prawie się rozpłakał.

Jesteś mięczakiem.

Oh, przestań White. Chłopak nam się po prostu wzruszył.

Słyszał szybki tupot bosych stóp Petera i chwilę później został odwrócony przodem do zdenerwowanego, tym razem już nie na żarty, nastolatka.

- Co cię ugryzło?

- No weź, Spidey. To nic takiego – próbował się wykręcić z rąk Petera.

- Kłamiesz.

- Nie, nie, jak bym mógł okłamać mojego...

- Martwię się o ciebie, cholero. Powiedz mi, co się dzieje. Przecież wiesz, że zawsze słucham. Nawet, gdy nie wyglądam.

Deadpool osunął się na podłogę, chowając twarz w dłoniach.

Ojoj! White, White! Chyba chłopakowi poszły bezpieczniki...

Peter ukucnął przed najemnikiem, spoglądając na w niego sponad szkieł okularów, mimo wszystko wciąż milczał.

Myślisz, że mu powie? Spidey może uznać go za świra.

I tak już uważa, w końcu ten idiota nim jest.

Oh! Tego jeszcze nie było! Spidey pozna nasz sekret!

I wyrzuci nas z domu na zbity pysk.

Pesymista!

- Chciałbym ci powiedzieć – jego głos był roztrzęsiony. Rzeczywiście nigdy nie powiedział Spidermanowi o tym, co się z nim dzieje. – Ale na pewno mi nie uwierzysz.

Peter uśmiechnął się kącikiem ust.

- Stary, pogryzł mnie zmutowany, napromieniowany pająk, przez co mogę chodzić po ścianach. Naprawdę myślisz, że coś mnie jeszcze zdziwi?

- Dobrze. Ale sam tego chciałeś. Przeżywam tą chwilę chyba setny raz. No, może nie do końca chwilę, ale każdy powrót zaczyna się od mojego pojawienia się tutaj. Trwa to różnie, czasem dzień, czasem kilka tygodni, ale za każdym razem wracam tu. Po prostu na końcu zawsze...

Urwał, podkurczając nogi. Wiedział, że się trzęsie, ale nie potrafił za cholerę tego powstrzymać.

- Zawsze? - głos Petera nabrał dziwnej barwy, a Wade był zbyt roztrzęsiony, żeby określić jakiej. Oparł brodę na kolanach, jego nogi wciąż się delikatnie trzęsły, roztarł nasadę nosa, kątem oka widząc chude nogi chłopaka tuż przed nim. Deadpool mruknął coś niezrozumiałego.

- Wade?

- Umierasz.
      W pomieszczeniu na chwilę zapanowała cisza. Deadpool czuł, jak rozpacz rozrywa go od środka. Nagle blade nogi zniknęły z jego pola widzenia i poczuł, że Parker opiera się o szafkę tuż obok niego.

- Jak umieram?

Spojrzał na Petera zupełnie zszokowany.

- To ty mi wierzysz?

- Tak – Peter podparł dłonią policzek. – A za którymś razem nie uwierzyłem?

- Nigdy Ci nie powiedziałem.

- No widzisz. A więc? Jak umieram?

czwartek, 11 lutego 2016

Patrol.


      To miał być zwykły patrol. Najnormalniejszy w świecie, taki, który Peter robił codziennie po powrocie ze szkoły, gdy tylko zachodziło słońce. Przebierał się w swój strój i po sprawdzeniu czy z ciocią May wszystko w porządku ruszał. Przez kilka godzin dziennie, a może adekwatniej byłoby powiedzieć, że nocnie, obserwował dzielnicę Queens. Znał na pamięć każdy jej zakamarek, w końcu to tu się wychował. Queens było największą dzielnicą Nowego Yorku, ale również najbardziej spokojną. No... nie licząc częstych napadów niektórych obłąkańców.
      Jednak czasem, a ostatnio coraz częściej, przekraczał cieśninę East River zapuszczając się na Manhattan. O ile Queens i przylegający do niej Brooklyn nazywało się „sypialnią", to na Manhattanie można było zrozumieć, co znaczy „tętniące życiem miasto". Przeskakiwał z wieżowca na wieżowiec, od czasu do czasu zwieszając się głową w dół i obserwując najmniejszą, ale również najbardziej zaludnioną dzielnicę Nowego Yorku. Podczas swoich wypraw na Manhattan mijał zwykle posiadłość Avengersów, Central Park, główną kwaterę Fantastycznej Czwórki, SoHo, Times Square oraz wieżowiec Stark Industries. Zawsze zatrzymywał się chwilę dłużej na Broadwayu, który, szczególnie w nocy i szczególnie w weekend, aż dygotał od gwaru. Był wręcz, jak magnes przyciągający ludzi z całego świata. Neony zapraszające na spektakle w licznych teatrach oślepiały, otaczała go feeria kolorów i świateł, w powietrzu przenikały się zapachy spalin, jedzenia, mocnej kawy, w uszach szumiało od urywków rozmów, trąbienia wolno sunących aut i muzyki dochodzącej z poniektórych lokali – właśnie tak wyglądał Manhattan. Peter nieraz żałował, że tak rzadko brał ze sobą aparat na patrole, ale bał się, że mógłby uszkodzić sprzęt podczas skoków lub walki. Wolał też uniknąć pytań, jakim cudem zrobił zdjęcie z takiej perspektywy, bo przecież nie mógł powiedzieć, że kiedy jest się w połowie człowiekiem, a w połowie pająkiem, to nie ma z tym większego problemu. Czasem, gdy Parker widział ludzi gramolących się na sto dwudzieste piętro Empire State Building, gdzie znajdował się taras widokowy, przeskakiwał tuż nad nimi czując, że stąd, czyli z powietrza, w którym utrzymywała go pajęcza nić, Manhattan i tak wygląda wspanialej.

      Gdzieś pomiędzy Manhattan City Park, a Kansas State University zwykle przestawał patrolować w pojedynkę. Dołączał do niego były żołnierz, najemnik walczący głównie przy pomocy pistoletów i katan, choć nie tylko. Arsenał Deadpoola był niemożliwy do skatalogowania, po prostu mordował tym, czym akurat w danym momencie miał ochotę. I to na samym początku powinno Petera od najemnika odrzucić, bo Deadpool nie pomagał ludziom. Deadpool ludzi zabijał. A mimo wszystko musiał się przyznać przed samym sobą, że lubi tego pokręconego gościa bez przerwy wymawiającego słowo „Chimichanga", mimo, że za samą potrawą już tak nie przepadał. Parker starał się rozumieć, że mordowanie to była praca Deadpoola, tak jak jedni odwalali za kogoś papierkową robotę, inni sprzątali czyjeś domy, to tak on zabijał dla swojego aktualnego pracodawcy. Tak to przynajmniej próbował sobie tłumaczyć Peter, ale nawet nie udawał, że rozumiał. Deadpool nie był bohaterem, nie miał ochoty zbawić świata i Peter nie mógł powiedzieć, dlaczego obrzydzenie, które od zawsze czuł do najemnika zaczęło powoli ustępować delikatnej akceptacji. Może miały na to wpływ opowieści Deadpoola, których zdążył się nasłuchać podczas swoich patroli. Bo opowiadał mu wtedy swoją prawdziwą, nierozpowszechnioną historię. No i od razu zaczynasz inaczej patrzeć na człowieka, gdy opowiada ci o swoim dziecku, nie? A Wade, bo swoje imię Deadpool też postanowił mu wyjawić, miał córkę. Miała na imię Ellie, miała trzynaście lat i bardzo dobrze się uczyła. Wade opowiadał mu, jak próbował jej pomóc z zadaniem domowym z algebry, ale zupełnie zapomniał, o co w tym w ogóle chodziło i to Ellie zaczęła tłumaczyć mu, na czym ten dział polega. Po sprawdzianie, na którym dostała najwyższą możliwą ocenę, powiedziała mu, że to dzięki uczeniu taty, tak jej się rozjaśniło w głowie. Mówił o tym, jak wciąż sprawdza czy dziewczynka dokładnie myje zęby, czy dobrze się odżywia i monitoruje jej historię przeglądarki, żeby nie zobaczyła żadnych strasznych rzeczy. Ze śmiechem wspominał, jak jego córka została harcerką, a on kupił trochę ponad czterdzieści pudełek ciasteczek, żeby ją ucieszyć. A Peter nie mógł przestać się dziwić, że gość, którego każdy uważa za zawodowego mordercę, jest również nadopiekuńczym ojcem. Sam też zaczął trochę opowiadać o swoim życiu, o szkole, o pasji do fotografii. I, znowu bardzo zaskoczony, musiał przyznać, że nikt nigdy nie słuchał go z takim zainteresowaniem, jak Deadpool. I tak obrzydzenie ustępowało sympatii. Po prostu lubił siedzieć na dachach wieżowców, obserwować kolorowy Manhattan, rozmowy o tak przyziemnych rzeczach, zupełnie niezwiązanych z ich nadprzyrodzonymi zdolnościami oraz zajadanie taco, które Wade przynosił na każde ich spotkanie. No, bo płatny zabójca był także ogromnym fanem meksykańskiego żarcia. Parker zaczął się nawet przyłapywać na tym, że podczas patroli coraz częściej pojawiał się na Manhattanie.

      Tak, a to miał być zwyczajny patrol. Jeden z tych, podczas, którego Peter nie miał nawet ochoty zatrzymać się na swoim ukochanym Broadwayu, tylko znaleźć się jak najszybciej pomiędzy Manhattan City Park, a Kansas State University, żeby usiąść na wieżowcu, zajadać taco i słuchać Wade'a. Jasne, Deadpoolowi zdarzało się z nim flirtować, a prawie każda jego wypowiedź była pełna podtekstów, ale to Peter też akceptował. Po prostu kolejna dziwna cecha wynikająca z panseksualizmu Wade'a, miłość mógł wyznać zarówno jemu, pierwszej napotkanej kobiecie, kotu, tortilli, jak i Iron Menowi. Nic nowego. Zaczął naprawdę przywykać do tych wszystkich Deadpoolowych dziwactw.

Dlatego, gdy zobaczył oślepiający wybuch, a następnie upadające ciało Deadpoola nie mógł powstrzymać krzyku.

- Wade!

      Rzucił się przed siebie kompletnie ignorując wybuchy dyniowych bomb i szaleńczy śmiech Zielonego Goblina. Odrzucił nawet rozmyślania, o tym skąd obłąkaniec się tu wziął, przecież zwykle uderzał na Bronxie, Parker nigdy nie widział go na Manhattanie. Po prostu biegł w kierunku krwawej miazgi z duszą na ramieniu. Kolejny wybuch powalił go na ziemię, Peter czuł, że płomień oparzył mu nogę, ale zupełnie się tym nie przejął. Nawet nie poczuł bólu. Był już prawie przy Wadzie. Chwycił go, a raczej marne szczątki, które po nim pozostały i zaczął uciekać. Panicznie bał się, że podczas lotu pogubi ważniejsze części najemnika, ale nie mógł się zatrzymać. Słyszał kolejne wybuchy, tuż za swoimi plecami. Nie przestawał się przemieszczać, aż po jakimś czasie, śmiech Goblina zaczął cichnąć.

      Gdy znikł zupełnie Peter wylądował na dachu jednego z wieżowców i spojrzał na to, co kilka minut temu było jeszcze Wadem. Położył sobie połowę jego rozerwanej głowy na kolanach i patrzył w puste oczodoły. Gorąco i ciśnienie sprawiły, że gałki oczne Deadpoola wypłynęły mu na policzki. Bądź też to, co z tych policzków zostało. Peter poczuł, że oczy zachodzą mu łzami, zdjął maskę i szybko je otarł. Nie pomogło. Starał się nie łkać, bo mógłby zacząć trząść przy tym głową Wade'a.

- Dajesz stary. Odezwij się do mnie. Wyrośnij sobie tą pieprzoną głowę. I płuca... I nogi... I... - kolejne słowa zostały zupełnie zniekształcone przez płacz.

      Manhattam wciąż tętnił życiem, tak jakby zupełnie nic się nie stało. Jakby Peterowi Parkerowi właśnie nie pękło serce. Słyszał trąbiące auta, śmiech ludzi, naokoło wieżowca migotały tysiące świateł, ale on tulił do siebie fragmenty Deadpoola, próbując przestać płakać.

- Spidey?

Peter poczuł jak coś dotyka jego policzka. Przez łzy widział, jak świeże tkanki oplatają łączące się właśnie kości przedramienia, jak ukształtowane mięśnie porasta blada skóra pełna blizn.

- No weź, jestem teraz cały w twoich smarkach.

- Dupek.

Peter przyłożył czoło do dłoni Wade'a.

- Jeju, Spidey. Nie wierzę, że reagujesz na to tak mocno. I to za każdym razem.

- Zamknij się.

- Jeszcze przed chwilą chciałeś, żebym się odezwał.

Peter milczał. Jedną ręką trzymał dłoń Deadpoola przy swojej twarzy, a drugą gładził jego głowę przyglądając się wyrastającym na nowo nogom.

- Przyniosłem taco, ale sam wiesz... Straciły się w akcji.

Wade uniósł się i wyszczerzył do zapłakanego Petera. Zdążył już zregenerować większość swojej twarzy, więc uśmiech nie wyglądał tak makabrycznie.

- No, nosek do góry, Spidey. Ktoś tu jest pieprzonym dziwadłem, które się samo naprawia. Nie powinieneś się o mnie martwić.

Peter westchnął i oparł czoło o bark najemnika.

- Jak przedstawienie Ellie? – powiedział dużo ciszej niż zwykle.

      Deadpool zachichotał, ale po chwili zaczął opowiadać o spektaklu córki. Peter czując, że zaczyna się uspokajać wsłuchał się w niski głos Wade'a, zaciągając się zapachem Manhattanu oraz świeżej krwi, prochu i meksykańskiego żarcia.

sobota, 30 stycznia 2016

Shiru poleca.

Chciałam zrobić tu mały kącik z rzeczami, które ostatnio czytam. Zapraszam :3

[Stucky]
 
[Stony] 

[Drarry]

[Kylux]

[Shizaya]


Inne - spis opowiadań.

Wolność - najważniejsza wartość dla Kapitana Ameryki. Sprawiedliwość - główna siła napędowa Iron Mana. Po wydaniu Aktu Rejestracyjnego ich poglądy się ścierają, co doprowadza do wojny. A wojna, to zawsze ból, cierpienie i śmierć...

Chłód - Bo można było uniknąć Civil War.

Było zimno, gdy Stark mówił sam ze sobą.

Stucky - spis opowiadań.

Krótka miniaturka ze Stevem i Bucky'm. O tym jak trudno zadać niektóre pytania i o ile trudniej znieść odpowiedzi.
Tęsknota. Zardzewiały. Siedemnaście. Jutrzenka. Piec. Dziewięć. Dobroczynny. Powrót do domu. Jeden. Wagon ciężarowy.
Bucky ma już dość TYCH słów, więc zaczyna tworzyć własne.

Uliczki - Alleyways

 http://marvel-fanfiction.blogspot.com/2016/06/uliczki-alleyways.html
Wspomnienia są jedynym łączem jakie Steve ma z przeszłością, w której on i Bucky byli przyjaciółmi i nie musieli skakać sobie do gardeł. Te specyficzne więzy owijają uliczki Brooklynu, do których Kapitan wraca, gdy nie może spać, by napełnić swoje serce nadzieją, że jeszcze odzyska najważniejszą osobę w swoim życiu. Songfic - "Alleyways" The Neighbourhood.


Shut up and dance with me

http://marvel-fanfiction.blogspot.com/2016/06/shut-up-and-dance-with-me.html
Clint i Natasza zaciągają Steve'a do klubu. Motyw przewodni: "Shut Up and Dance" od WALK THE MOON.
Serie

Ciasto ze śliwkami.
Steve postanawia odnaleźć Bucky'ego i za wszelką cenę wrócić mu wspomnienia. Rozdziały co wtorek.


O mnie.


To tak na początek - jestem Shiru. Należę do osób, które mają tysiąc szalonych pomysłów na minutę. Lubię zaznaczać swoją indywidualność, mówić to, co myślę, nawet jeśli nie odpowiada to ogólnej opinii.

Bez przerwy coś piszę. Głównie są to opowiadania, ale trafiają się luźne rozkminy, wiersze, listy i wywiady z innymi. Sprawia mi to ogromną przyjemność! Jak to mówił Hermann Hesse:
"Dla nas, piszących, pisanie jest za każdym razem szaleńczą, ekscytującą przygodą, przeprawą malutkim czółnem przez pełne morze, samotnym szybowaniem w kosmos.".

Totalnie zakochana w Hannibalu Lecterze i Jaście z Hatebreed.
Cosplayer. Kociara. Mol książkowy. Ogromny fan Star Warsów, DC Universe i Deadpoola.

Zapraszam.

PS.: Jestem chętna na wszelkie RP, wyzwania itp. :D

Moje OTP: Spideypool, Stucky, Clintasha, Superfamily, Hannigram, Soma, Bubbline, Drarry, Kylux.